Po czterech latach ponownie na parkiecie EBL mogliśmy obejrzeć „Świętą wojnę”. Śląsk Wrocław, który w tym sezonie wrócił do ligi, został w Hali Mistrzów przywitany przez miejscowych kibiców hasłem: „Witamy w Anwilowych czasach”. Zespół Igora Milicicia nie zawiódł i jak na mistrzów Polski przystało, pokonał w derbowym spotkaniu „beniaminka” 96:85.

W sportowym świecie są mecze, które wzbudzają w kibicach szczególne emocje. Gdy cała piłkarska społeczność wyczekuje „El Clasico”, kibice koszykówki w Polsce odliczają czas do kolejnej „Świętej wojny”. Historia tych pojedynków jest bardzo długa, lecz by stwierdzić, jakie znaczenie miały one w naszej lidze, wystarczy przypomnieć, że zespoły z Włocławka i Wrocławia spotkały się już w 25 meczach finałowych! Ranga niedzielnych derbów była zdecydowanie niższa. Śląsk dopiero wrócił do ligi, a w dodatku przed przyjazdem na Kujawy zwolnił trenera Andrzeja Adamka. Anwil też ostatnio nie imponował formą, przegrywając m.in. z HydroTruckiem Radom. Jednak mimo tego, nikt chyba nie miał wątpliwości, że kolejna odsłona “Świętej wojny” rozpocznie nowy rozdział w historii tej rywalizacji.

Mecz zdecydowanie lepiej zaczęli gospodarze, głównie za sprawą Chrisa Dowe’a i Shawna Jonesa. Obaj heroicznie walczyli pod tablicą Śląska, czym dawali kolejne punkty swojej ekipie. Już na początku spotkania Anwil starał się grać widowiskowo. Dowe wyrzucił piłkę nad kosz, a akcję wykończył Ledo, ustanawiając wynik na 16:6. Po drugiej stronie boiska wrocławianie odpowiedzieli rzutami z dystansu. Kwarta zakończyła się rezultatem 23:20, po trafieniach zza łuku Gibsona i Gabińskiego (obaj 2/2 za 3 punkty). Śląsk kontynuował swoją dobrą passę, a 5 oczek po wejściu na parkiet dorzucił Dziewa. Szczególnie ciekawie wyglądał pojedynek amerykańskich podkoszowych. Jones zablokował Humpherya, lecz ten po chwili odpowiedział efektownym wsadem. Pod koniec pierwszej połowy trafieniem zza łuku popisał się Kamil Łączyński. Były kapitan Rottweilerów dał tym samym prowadzenie swojemu nowemu zespołowi 44:42. Trzeba podkreślić, że włocławianie przez pierwsze 20 minut tylko raz trafili za 3 punkty w aż 11 próbach. To dawało wręcz żałosną skuteczność na poziomie 9%!

Po przerwie wydawało się, że z szatni Anwilu wyszli zupełnie inni zawodnicy. Podopieczni Igora Milicicia szybko zdobyli 9 punktów z 7 metrów. Śląsk wrócił do gry dzięki świetnej grze rozgrywających. Łączyński przez 20 minut na parkiecie zanotował 7 asyst. Włocławianie ostatnią część spotkania zaczynali przy prowadzeniu 78:74. Oba zespoły grały bardzo defensywnie, nie podejmując zbytniego ryzyka. Liderem Anwilu w decydującym momencie stał się Tony Wroten, który zablokował pod koszem wyższego Dziewę, a w kolejnych akcjach zdobył 8 punktów. Dobra gra zagranicznych obwodowych włocławian była kluczem do sukcesu mistrzów Polski. Gospodarze przez całą końcówkę trzymali około 10-punktowe prowadzenie i wygrali 96:85.

***

Anwil Włocławek – WKS Śląsk Wrocław 96:85 (23:20, 19:24, 36:30, 18:11)

Anwil Włocławek: Ledo 21, Dowe 17, Jones 12, Freimanis 12, Wroten 11, Simon 9, Szewczyk 8, Sulima 4, Sokołowski 2, Wadowski 0, Karolak 0.
Trener: Igor Milicić

WKS Śląsk Wrocław: Łączyński 14, Dorn 14, Wojciechowski 12, Humphrey 11, Gabiński 9, Gibson 9, Dziewa 9, Chrabascz 4, Musiał 3.
Trener: Marcin Grygowicz

Zawodnik meczu: Chris Dowe

Fot. Sylwia Kwiatkowska