Anwil minimalnie lepszy od Legii

W warszawskiej hali Koło Legia zagrała świetny mecz i była bliska sprawienia niespodzianki. Anwil, który był stawiany w roli faworyta, nie potrafił zapewnić sobie bezpiecznej przewagi, a losy spotkania ważyły się do ostatnich minut. Z obydwu stron nie zabrakło również wielu efektownych zagrań.

Mecz rozpoczął się od pokaźnej serii Anwilu. Rottweilery imponowały skutecznością z dystansu. Dwie trójki rzucił Roland Freimanis, a gdy kolejną dołożył Ricky Ledo, trener Spasev musiał wziąć przerwę. Włocławianie prowadzili 11:2, lecz obraz gry zmienił się po wzięciu na siebie ciężaru gry przez Filipa Matczaka. Jego akcje dawały Legii punkty, lecz gospodarze wciąż przegrywali (głównie przez straty i faule). Pięć oczek pod koniec kwarty zdobył Sosa, ale Anwil wciąż znacząco prowadził – 26:18. Ten wynik był zasługą fenomenalnej skuteczności gości z dystansu, która wynosiła aż 71%!

W drugą część spotkania jednak zdecydowanie lepiej wszedł zespół z Warszawy. Kolejne 5 punktów dorzucił portorykański snajper i dzięki jego trafieniom Legia wyrównała. To tylko zmotywowało do walki Rottweilerów, którzy zaczęli bronić na całym boisku. Najlepiej w odbiorze radził sobie Michał Sokołowski, wychodzący wysoko do krycia na połowę gospodarzy. Anwil wykorzystywał kontry, dzięki czemu ponownie budował przewagę. Legia tymczasem robiła coś, co robić mieli włocławianie, czyli podrywała kibiców z miejsc efektownymi akcjami. Nad koszem latał Belemene, który najpierw wpakował piłkę do siatki nad rękoma Sokoła, a chwilę potem wykończył akcję po podaniu Filipa Matczaka przez pół boiska. Legioniści po pierwszej połowie przegrywali tylko czterema punktami, ale (co najważniejsze) pokazali świetną koszykówkę.

Po przerwie we włocławskiej ekipie za rozegranie zabrał się Tony Wroten i było to bardzo udane wejście. Mimo tego, że nie trafił swojej łatwej akcji nawet po dobitce, to rozdawał swoim kolegom bardzo precyzyjne podania. Najlepsze posłał za plecami do Ledo, który wpakował piłkę do kosza. Igor Milicić w tej części spróbował gry obniżonym składem (Sokołowski i Freimanis pod koszem), lecz to poskutkowało problemami w pomalowanym. Najbardziej zawiódł w drużynie mistrza Jakub Karolak. Polak tego dnia był rzucającym tylko z nazwy, a występ zakończył z zerowym dorobkiem punktowym. W fenomenalnej formie był za to Chase Simon. Klub z Włocławka zakończył 3 kwartę, mając już 11 punktów więcej niż rywale.

Obraz gry nie zmienił się po krótkiej przerwie. Goście utrzymywali różnicę i nie dawali gospodarzom okazji do nadrobienia strat. Jedynym zawodnikiem, który próbował odwrócić losy spotkania, był Finke. Podkoszowy celnie rzucał z dystansu, czym ściągał na siebie uwagę obrońców. Miał kluczowy wkład w grę legionistów i przyczynił się do tego, że zbliżyli się oni do rywali na 6 punktów. To jednak nie wystarczyło. Włocławianie wykorzystali w końcówce swoje okazje, a kontrataków nie wykończyli Finke i Belemene. Mecz zakończył się wynikiem 94:87 dla mistrzów Polski.

***

Legia Warszawa – Anwil Włocławek 87:94 (18:26, 28:24, 15:22, 26:22)

Legia: Isaac Sosa 24, Michael Finke 23, Filip Matczak 11, Romaric Belemene 8, Sebastian Kowalczyk 8, Keanu Pinder 7, Patryk Nowerski 6, Szymon Kiwilsza 0, Adam Linowski 0, Drew Brandon 0
Trener: Tane Spasev

Anwil: Chase Simon 26, Ricky Ledo 19, Rolands Freimanis 16, Tony Wroten 11, Chris Dowe 9, Michał Sokołowski 8,  Milan Milovanović 5, Krzysztof Sulima 0, Jakub Karolak 0
Trener: Igor Milicić

Zawodnik meczu: Rolands Freimanis

Fot. Paweł Kołakowski

Facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook