Dzisiaj zakończyły się dla polskich siatkarek Mistrzostwa Europy 2019. Nasze panie ukończyły je na czwartym miejscu. Aby odpowiedzieć sobie na pytanie zawarte w tytule tego artykułu, trzeba dokonać analizy ramowej całego turnieju w wykonaniu podopiecznych Jacka Nawrockiego, wychodząc od formuły rozgrywania tych Mistrzostw, a kończąc na drobnej analizie porównawczej meczów z tym samym przeciwnikiem w meczu rozgrywanym w ramach fazy grupowej i podczas walki o brązowy medal.

Formuła jak z kosmosu, czyli kolejne dziwne pomysły FIVB

Obecne Mistrzostwa Europy miały bardzo dziwną formułę. Po pierwsze liczbę drużyn powiększono do 24, po drugie odbywały się w czterech miastach, a de facto w czterech państwach, gdyż miastami-gospodarzami fazy grupowej były trzy stolice i jedna… stolica siatkówki. Były to: Łódź, Bratysława, Budapeszt i Ankara.

Oznaczało to tyle, że w EuroVolleyu grały drużyny przeciętne, takie jak Węgry, które w swych dziejach miały jedną dobrą siatkarkę Ritę Ilion, występującą w Stali Mielec. Były to jednak dawne czasy. Obecne siatkarki z Węgier to generacja, która nic wielkiego nie ugrała na ważnym turnieju i patrząc na ranking CEV i FIVB, trudno przypuszczać, aby się to miało zmienić.

Jako że Mistrzostwa Europy były też rozgrywane na Słowacji, to ta reprezentacja również w nich występowała. Słowaczki co prawda z grupy wyszły, ale z Włoszkami w kolejnej fazie już nie miały szans.

W Ankarze i Łodzi gospodarzami były zespoły, które w swych dziejach na europejskich czempionatach zdobywały już medale, jednak w ostatnim czasie to polska siatkówka przeżywała lekki kryzys. 

Tak wyglądała faza grupowa. Jeszcze dziwniej wyglądała faza pucharowa. Wychodziły po cztery najlepsze zespoły z tych grup, a gospodarze nie mogli trafić na siebie w 1/8 finału.

W takim dziwnym turnieju przyszło grać naszym siatkarkom.

Na rozgrzewkę grupa marzeń

W Łodzi podopieczne Jacka Nawrockiego w rozgrywkach grupowych zmierzyły się z reprezentacjami Słowenii, Portugalii, Ukrainy oraz Belgii i Włoch.

Na początek przyszło nam zagrać z reprezentacją z kraju siatkarki, która pamięta czasy, gdy polski klub mierzył się z drużynami takimi jak francuskie RC Cannes czy Dynamo Moskwa. Mowa o reprezentacji Słowenii, a wspomnianą siatkarką jest Tina Lipicer, była zawodniczka Muszynianki Fakro Muszyna, a potem między innymi francuskiego Cannes. Poza tym słoweńską kadrę prowadzi trener, który swego czasu opiekował się polskimi klubami, czyli Alessandro Qiappini.

Słoweńska reprezentacja to dziewczyny młode, które muszą jeszcze nabrać doświadczenia. Było to widać na boisku, gdyż z wyjątkiem trzeciego seta nie potrafiły nawiązać z nami równorzędnej walki.

Wygrać to święty obowiązek

Po Słowenii przyszła pora na mecz z reprezentacją Portugalii. Reprezentacją, która była anonimowa, co wyszło na boisku. Trener Jacek Nawrocki posłał w bój swoje drugoplanowe postaci, jednak nie przeszkodziło to w zwycięstwie 3-0.

Polki po dwóch spotkaniach miały 6 punktów i 6 zdobytych setów przy 0 straconych.

Przyszła pora na najtrudniejszego z najłatwiejszych rywali.

Nie zlekceważyć rywala

Trzecim przeciwnikiem Polski były reprezentantki Ukrainy. Jeżeli chodzi o tę kadrę, to selekcjoner prowadzi ją już 23 lata. Ta reprezentacja miała bardzo mocny skład w czasach, gdy Polki pod wodzą świętej pamięci Andrzeja Niemczyka zdobywały złoty medal w Ankarze.

Obecnie najbardziej znaną ukraińską siatkarką jest Alessia Rychluk, która występowała między innymi w szwajcarskim Vollero Zurych, które nawet potrafiło w rozgrywkach Ligi Mistrzyń ogrywać polskie zespoły, takie jak swego czasu MKS Dąbrowa Górnicza czy Developres SkyRes Rzeszów w ostatnich latach. Niestety nasze siatkarki w pierwszym secie zlekceważyły Ukrainki, przegrywając go bardzo pewnie.

Kolejne sety to powrót do swej gry i zwycięstwo 3-1.

Po tych spotkaniach przyszedł czas na mecze, które miały nam dać odpowiedź, ile nasza drużyna może znaczyć podczas tego turnieju.

Mecz przeciwko… rodaczkom

Czwarte spotkanie podopieczne Jacka Nawrockiego rozegrały z Belgijkami. Belgijkami, w których składzie występują rodowite Polki, które albo wyjechały jako małe dziewczynki do Belgii, albo nie były brane pod uwagę przez Polski Związek Piłki Siatkowej.

W składzie Belgii występują bowiem między innymi: Kaja Grobelna (siostra siatkarza Igora Grobelnego, w ubiegłym sezonie grającego w drużynie Cerradu Czarnych Radom), Dominika Strumilo czy Dominika Sobolska.

Po opublikowaniu przedmeczowych sylwetek “polskich Belgijek” na portalu sport.pl pojawiły się wśród kibiców komentarze sugerujące, że mają problem, komu kibicować.

Na boisku sentymentów nie było. Pierwsze piłki pokazały, że to może być mecz walki i taki był. Polki jednak nie wykorzystywały swoich szans i przegrały po tie-breaku 2-3, stawiając siebie w trudnej sytuacji. Sytuacja była w drabince taka, że zespoły z naszej grupy trafiały na kogoś z grupy bratysławskiej. W grupie bratysławskiej występowały takie zespoły jak Rosja czy Niemcy oraz Słowacja, Hiszpania czy Białoruś.

Trudny mecz zakończony zwycięstwem

W ostatnim grupowym spotkaniu nasze siatkarki mierzyły się z aktualnymi wicemistrzyniami świata, Włoszkami. Włoszkami, z którymi niedawno podczas Ligi Narodów przegrały po tie-breaku. Stawką tego spotkania było drugie miejsce w grupie i zmuszenie Włoszek do wyjazdu do Bratysławy.

Mecz zakończył się naszym zwycięstwem w tie-breaku 3-2 i nie dość, że zostaliśmy w Łodzi, to uniknęliśmy reprezentacji Rosji, trafiając w konsekwencji na reprezentację Hiszpanii.

Pokazać swą wyższość

W 1/8 finału Mistrzostw Europy podopieczne Jacka Nawrockiego podejmowały reprezentację z Półwyspu Iberyjskiego. Pomimo krótkiego przestoju w grze, który przytrafił się nam w środkowej fazie meczu, Polki wygrały 3-0. W ćwierćfinale czekały na nie Niemki, które we wcześniejszym spotkaniu pokonały reprezentację Słowenii, która awansowała, pokonując Ukrainę.

Horror zakończony happy endem

Ćwierćfinał to huśtawka nastrojów. Pierwszy set wygrany przez Niemki, potem dwa przez Polki, środkowa faza czwartego seta rozegrana przez nasze siatkarki beznadziejnie, gdzie Denise Hanke, znana z występów we Wrocławiu, zdobywa parę punktów z zagrywki naraz i tie-break, po którym mogliśmy krzyknąć “Witaj, Ankaro!” i zagrać w półfinale z gospodyniami, które pokonały Holandię 3-0.

Zespołowość siłą Turczynek

Turczynki, które miały słaby początek EuroVolleya i które męczyły się w meczach z Finlandią i Chorwacją, wygrywając je 3-2, teraz grały przeciwko naszej reprezentacji. Za sobą miały publiczność i przewagę psychologiczną, wynikającą z faktu, że – jak się okazało – grały cały turniej w Ankara Arenie. W meczu z naszymi dziewczynami było to widać, zwłaszcza w dwóch pierwszych setach.

Trzeci set to mądra gra naszych siatkarek, wykorzystywanie kontrataków, punkty zdobyte blokiem i zmuszanie do błędów własnych potomkiń Sulejmana Wspaniałego, a w konsekwencji zwycięstwo 25-14 i prowadzenie gospodyń tylko 2-1.

Czwarty set to gra wyrównana do stanu 15-13 dla naszego zespołu. Potem nastąpiła seria dobrych zagrywek tureckiej drużyny. Polki niedokładnie przyjmowały, co ostatecznie przyczyniło się do zwycięstwa w czwartej partii podopiecznych trenera Giovanniego Gwidettiego 25-19 i w całym spotkaniu 3-1.

Nie wrócić do kraju z niczym

W ostatnim swoim spotkaniu podopieczne Jacka Nawrockiego grały z reprezentacją Italii. Z tą samą, którą kilka dni wcześniej pozostawiły w pokonanym polu w meczu rozgrywanym w łódzkiej Atlas Arenie.

Na mecz o trzecie miejsce podopieczne Davide Mazzantiego wyszły zmobilizowane, mając świadomość, że wstydem byłoby wrócić do kraju bez medalu. Na naszych siatkarkach taka presja nie ciążyła, co było widać w pierwszym i trzecim secie.

Niestety przytrafiła się porażka 0-3, ale za wyjątkiem drugiego seta, który przypominał czwartego seta z Niemkami, Polki walczyły, grały odważnie i co najważniejsze nie przestraszyły się rangi spotkania o brązowy medal z bądź co bądź aktualnymi wicemistrzyniami świata.

Podsumowanie

Dochodząc do końca naszych rozważań, znajdujemy odpowiedź na pytanie, czy czwarte miejsce polskich siatkarek jest sukcesem czy porażką.

Jest ono jak najbardziej sukcesem, gdyż przed rozpoczęciem turnieju mało kto przypuszczał, że podopieczne trenera Nawrockiego zajdą tak daleko.

Porażki w decydującej fazie turnieju to dobre lekcje. Dobre lekcje siatkówki, ale bardziej w aspekcie psychologicznego podejścia do meczu. Najlepsze drużyny mają mało przestojów w grze, jednak my mamy jeszcze ich zbyt dużo. Trzeba powiedzieć, że nasza reprezentacja to młoda drużyna, która dostarczy nam jeszcze nieraz wielu pozytywnych emocji.

Jak powiedział po meczu Jacek Laskowski, sprawozdawca TVP, a prywatnie mąż naszej byłej reprezentantki Natalii Bamber-Laskowskiej: “Medale są gdzieś w pracowniach plastycznych i przyjdzie czas, gdy je zawiesicie na szyjach”.

Natalia Bamber-Laskowska wspomniała o tym, że teraz, gdy sezon reprezentacyjny dobiegł praktycznie końca, siatkarki do stycznia, gdy odbędzie się turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich, “muszą regularnie grać w klubach”.

Patrząc na postępy, jakie podopieczne trenera Nawrockiego poczyniły w ostatnim czasie, można mieć nadzieję, że awans olimpijski uda się wywalczyć.

Reprezentacje takie jak: Serbia, Turcja czy Włochy to europejska i światowa potęga żeńskiej siatkówki, jednak przyjdzie czas, gdy i my dołączymy na stałe do światowej czołówki. Potrzeba tylko cierpliwości i płynnego przenoszenia nabytych przez dziewczyny umiejętności w klubach na niwę reprezentacyjną.

Dzisiaj zakończyły się dla polskich siatkarek Mistrzostwa Europy 2019. Nasze panie ukończyły je na czwartym miejscu. Aby odpowiedzieć sobie na pytanie zawarte w tytule tego artykułu, trzeba dokonać analizy ramowej całego turnieju w wykonaniu podopiecznych Jacka Nawrockiego, wychodząc od formuły rozgrywania tych Mistrzostw, a kończąc na drobnej analizie porównawczej meczów z tym samym przeciwnikiem w meczu rozgrywanym w ramach fazy grupowej i podczas walki o brązowy medal.

Formuła jak z kosmosu, czyli kolejne dziwne pomysły FIVB

Obecne Mistrzostwa Europy miały bardzo dziwną formułę. Po pierwsze liczbę drużyn powiększono do 24, po drugie odbywały się w czterech miastach, a de facto w czterech państwach, gdyż miastami-gospodarzami fazy grupowej były trzy stolice i jedna… stolica siatkówki. Były to: Łódź, Bratysława, Budapeszt i Ankara.

Oznaczało to tyle, że w EuroVolleyu grały drużyny przeciętne, takie jak Węgry, które w swych dziejach miały jedną dobrą siatkarkę Ritę Ilion, występującą w Stali Mielec. Były to jednak dawne czasy. Obecne siatkarki z Węgier to generacja, która nic wielkiego nie ugrała na ważnym turnieju i patrząc na ranking CEV i FIVB, trudno przypuszczać, aby się to miało zmienić.

Jako że Mistrzostwa Europy były też rozgrywane na Słowacji, to ta reprezentacja również w nich występowała. Słowaczki co prawda z grupy wyszły, ale z Włoszkami w kolejnej fazie już nie miały szans.

W Ankarze i Łodzi gospodarzami były zespoły, które w swych dziejach na europejskich czempionatach zdobywały już medale, jednak w ostatnim czasie to polska siatkówka przeżywała lekki kryzys. 

Tak wyglądała faza grupowa. Jeszcze dziwniej wyglądała faza pucharowa. Wychodziły po cztery najlepsze zespoły z tych grup, a gospodarze nie mogli trafić na siebie w 1/8 finału.

W takim dziwnym turnieju przyszło grać naszym siatkarkom.

Na rozgrzewkę grupa marzeń

W Łodzi podopieczne Jacka Nawrockiego w rozgrywkach grupowych zmierzyły się z reprezentacjami Słowenii, Portugalii, Ukrainy oraz Belgii i Włoch.

Na początek przyszło nam zagrać z reprezentacją z kraju siatkarki, która pamięta czasy, gdy polski klub mierzył się z drużynami takimi jak francuskie RC Cannes czy Dynamo Moskwa. Mowa o reprezentacji Słowenii, a wspomnianą siatkarką jest Tina Lipicer, była zawodniczka Muszynianki Fakro Muszyna, a potem między innymi francuskiego Cannes. Poza tym słoweńską kadrę prowadzi trener, który swego czasu opiekował się polskimi klubami, czyli Alessandro Qiappini.

Słoweńska reprezentacja to dziewczyny młode, które muszą jeszcze nabrać doświadczenia. Było to widać na boisku, gdyż z wyjątkiem trzeciego seta nie potrafiły nawiązać z nami równorzędnej walki.

Wygrać to święty obowiązek

Po Słowenii przyszła pora na mecz z reprezentacją Portugalii. Reprezentacją, która była anonimowa, co wyszło na boisku. Trener Jacek Nawrocki posłał w bój swoje drugoplanowe postaci, jednak nie przeszkodziło to w zwycięstwie 3-0.

Polki po dwóch spotkaniach miały 6 punktów i 6 zdobytych setów przy 0 straconych.

Przyszła pora na najtrudniejszego z najłatwiejszych rywali.

Nie zlekceważyć rywala

Trzecim przeciwnikiem Polski były reprezentantki Ukrainy. Jeżeli chodzi o tę kadrę, to selekcjoner prowadzi ją już 23 lata. Ta reprezentacja miała bardzo mocny skład w czasach, gdy Polki pod wodzą świętej pamięci Andrzeja Niemczyka zdobywały złoty medal w Ankarze.

Obecnie najbardziej znaną ukraińską siatkarką jest Alessia Rychluk, która występowała między innymi w szwajcarskim Vollero Zurych, które nawet potrafiło w rozgrywkach Ligi Mistrzyń ogrywać polskie zespoły, takie jak swego czasu MKS Dąbrowa Górnicza czy Developres SkyRes Rzeszów w ostatnich latach. Niestety nasze siatkarki w pierwszym secie zlekceważyły Ukrainki, przegrywając go bardzo pewnie.

Kolejne sety to powrót do swej gry i zwycięstwo 3-1.

Po tych spotkaniach przyszedł czas na mecze, które miały nam dać odpowiedź, ile nasza drużyna może znaczyć podczas tego turnieju.

Mecz przeciwko… rodaczkom

Czwarte spotkanie podopieczne Jacka Nawrockiego rozegrały z Belgijkami. Belgijkami, w których składzie występują rodowite Polki, które albo wyjechały jako małe dziewczynki do Belgii, albo nie były brane pod uwagę przez Polski Związek Piłki Siatkowej.

W składzie Belgii występują bowiem między innymi: Kaja Grobelna (siostra siatkarza Igora Grobelnego, w ubiegłym sezonie grającego w drużynie Cerradu Czarnych Radom), Dominika Strumilo czy Dominika Sobolska.

Po opublikowaniu przedmeczowych sylwetek “polskich Belgijek” na portalu sport.pl pojawiły się wśród kibiców komentarze sugerujące, że mają problem, komu kibicować.

Na boisku sentymentów nie było. Pierwsze piłki pokazały, że to może być mecz walki i taki był. Polki jednak nie wykorzystywały swoich szans i przegrały po tie-breaku 2-3, stawiając siebie w trudnej sytuacji. Sytuacja była w drabince taka, że zespoły z naszej grupy trafiały na kogoś z grupy bratysławskiej. W grupie bratysławskiej występowały takie zespoły jak Rosja czy Niemcy oraz Słowacja, Hiszpania czy Białoruś.

Trudny mecz zakończony zwycięstwem

W ostatnim grupowym spotkaniu nasze siatkarki mierzyły się z aktualnymi wicemistrzyniami świata, Włoszkami. Włoszkami, z którymi niedawno podczas Ligi Narodów przegrały po tie-breaku. Stawką tego spotkania było drugie miejsce w grupie i zmuszenie Włoszek do wyjazdu do Bratysławy.

Mecz zakończył się naszym zwycięstwem w tie-breaku 3-2 i nie dość, że zostaliśmy w Łodzi, to uniknęliśmy reprezentacji Rosji, trafiając w konsekwencji na reprezentację Hiszpanii.

Pokazać swą wyższość

W 1/8 finału Mistrzostw Europy podopieczne Jacka Nawrockiego podejmowały reprezentację z Półwyspu Iberyjskiego. Pomimo krótkiego przestoju w grze, który przytrafił się nam w środkowej fazie meczu, Polki wygrały 3-0. W ćwierćfinale czekały na nie Niemki, które we wcześniejszym spotkaniu pokonały reprezentację Słowenii, która awansowała, pokonując Ukrainę.

Horror zakończony happy endem

Ćwierćfinał to huśtawka nastrojów. Pierwszy set wygrany przez Niemki, potem dwa przez Polki, środkowa faza czwartego seta rozegrana przez nasze siatkarki beznadziejnie, gdzie Denise Hanke, znana z występów we Wrocławiu, zdobywa parę punktów z zagrywki naraz i tie-break, po którym mogliśmy krzyknąć “Witaj, Ankaro!” i zagrać w półfinale z gospodyniami, które pokonały Holandię 3-0.

Zespołowość siłą Turczynek

Turczynki, które miały słaby początek EuroVolleya i które męczyły się w meczach z Finlandią i Chorwacją, wygrywając je 3-2, teraz grały przeciwko naszej reprezentacji. Za sobą miały publiczność i przewagę psychologiczną, wynikającą z faktu, że – jak się okazało – grały cały turniej w Ankara Arenie. W meczu z naszymi dziewczynami było to widać, zwłaszcza w dwóch pierwszych setach.

Trzeci set to mądra gra naszych siatkarek, wykorzystywanie kontrataków, punkty zdobyte blokiem i zmuszanie do błędów własnych potomkiń Sulejmana Wspaniałego, a w konsekwencji zwycięstwo 25-14 i prowadzenie gospodyń tylko 2-1.

Czwarty set to gra wyrównana do stanu 15-13 dla naszego zespołu. Potem nastąpiła seria dobrych zagrywek tureckiej drużyny. Polki niedokładnie przyjmowały, co ostatecznie przyczyniło się do zwycięstwa w czwartej partii podopiecznych trenera Giovanniego Gwidettiego 25-19 i w całym spotkaniu 3-1.

Nie wrócić do kraju z niczym

W ostatnim swoim spotkaniu podopieczne Jacka Nawrockiego grały z reprezentacją Italii. Z tą samą, którą kilka dni wcześniej pozostawiły w pokonanym polu w meczu rozgrywanym w łódzkiej Atlas Arenie.

Na mecz o trzecie miejsce podopieczne Davide Mazzantiego wyszły zmobilizowane, mając świadomość, że wstydem byłoby wrócić do kraju bez medalu. Na naszych siatkarkach taka presja nie ciążyła, co było widać w pierwszym i trzecim secie.

Niestety przytrafiła się porażka 0-3, ale za wyjątkiem drugiego seta, który przypominał czwartego seta z Niemkami, Polki walczyły, grały odważnie i co najważniejsze nie przestraszyły się rangi spotkania o brązowy medal z bądź co bądź aktualnymi wicemistrzyniami świata.

Podsumowanie

Dochodząc do końca naszych rozważań, znajdujemy odpowiedź na pytanie, czy czwarte miejsce polskich siatkarek jest sukcesem czy porażką.

Jest ono jak najbardziej sukcesem, gdyż przed rozpoczęciem turnieju mało kto przypuszczał, że podopieczne trenera Nawrockiego zajdą tak daleko.

Porażki w decydującej fazie turnieju to dobre lekcje. Dobre lekcje siatkówki, ale bardziej w aspekcie psychologicznego podejścia do meczu. Najlepsze drużyny mają mało przestojów w grze, jednak my mamy jeszcze ich zbyt dużo. Trzeba powiedzieć, że nasza reprezentacja to młoda drużyna, która dostarczy nam jeszcze nieraz wielu pozytywnych emocji.

Jak powiedział po meczu Jacek Laskowski, sprawozdawca TVP, a prywatnie mąż naszej byłej reprezentantki Natalii Bamber-Laskowskiej: “Medale są gdzieś w pracowniach plastycznych i przyjdzie czas, gdy je zawiesicie na szyjach”.

Natalia Bamber-Laskowska wspomniała o tym, że teraz, gdy sezon reprezentacyjny dobiegł praktycznie końca, siatkarki do stycznia, gdy odbędzie się turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich, “muszą regularnie grać w klubach”.

Patrząc na postępy, jakie podopieczne trenera Nawrockiego poczyniły w ostatnim czasie, można mieć nadzieję, że awans olimpijski uda się wywalczyć.

Reprezentacje takie jak: Serbia, Turcja czy Włochy to europejska i światowa potęga żeńskiej siatkówki, jednak przyjdzie czas, gdy i my dołączymy na stałe do światowej czołówki. Potrzeba tylko cierpliwości i płynnego przenoszenia nabytych przez dziewczyny umiejętności w klubach na niwę reprezentacyjną.

Czwarte miejsce polskich siatkarek na Mistrzostwach Europy – sukces czy porażka?

Dzisiaj zakończyły się dla polskich siatkarek Mistrzostwa Europy 2019. Nasze panie ukończyły je na czwartym miejscu. Aby odpowiedzieć sobie na pytanie zawarte w tytule tego artykułu, trzeba dokonać analizy ramowej całego turnieju w wykonaniu podopiecznych Jacka Nawrockiego, wychodząc od formuły rozgrywania tych Mistrzostw, a kończąc na drobnej analizie porównawczej meczów z tym samym przeciwnikiem w meczu rozgrywanym w ramach fazy grupowej i podczas walki o brązowy medal.

Formuła jak z kosmosu, czyli kolejne dziwne pomysły FIVB

Obecne Mistrzostwa Europy miały bardzo dziwną formułę. Po pierwsze liczbę drużyn powiększono do 24, po drugie odbywały się w czterech miastach, a de facto w czterech państwach, gdyż miastami-gospodarzami fazy grupowej były trzy stolice i jedna… stolica siatkówki. Były to: Łódź, Bratysława, Budapeszt i Ankara.

Oznaczało to tyle, że w EuroVolleyu grały drużyny przeciętne, takie jak Węgry, które w swych dziejach miały jedną dobrą siatkarkę Ritę Ilion, występującą w Stali Mielec. Były to jednak dawne czasy. Obecne siatkarki z Węgier to generacja, która nic wielkiego nie ugrała na ważnym turnieju i patrząc na ranking CEV i FIVB, trudno przypuszczać, aby się to miało zmienić.

Jako że Mistrzostwa Europy były też rozgrywane na Słowacji, to ta reprezentacja również w nich występowała. Słowaczki co prawda z grupy wyszły, ale z Włoszkami w kolejnej fazie już nie miały szans.

W Ankarze i Łodzi gospodarzami były zespoły, które w swych dziejach na europejskich czempionatach zdobywały już medale, jednak w ostatnim czasie to polska siatkówka przeżywała lekki kryzys. 

Tak wyglądała faza grupowa. Jeszcze dziwniej wyglądała faza pucharowa. Wychodziły po cztery najlepsze zespoły z tych grup, a gospodarze nie mogli trafić na siebie w 1/8 finału.

W takim dziwnym turnieju przyszło grać naszym siatkarkom.

Na rozgrzewkę grupa marzeń

W Łodzi podopieczne Jacka Nawrockiego w rozgrywkach grupowych zmierzyły się z reprezentacjami Słowenii, Portugalii, Ukrainy oraz Belgii i Włoch.

Na początek przyszło nam zagrać z reprezentacją z kraju siatkarki, która pamięta czasy, gdy polski klub mierzył się z drużynami takimi jak francuskie RC Cannes czy Dynamo Moskwa. Mowa o reprezentacji Słowenii, a wspomnianą siatkarką jest Tina Lipicer, była zawodniczka Muszynianki Fakro Muszyna, a potem między innymi francuskiego Cannes. Poza tym słoweńską kadrę prowadzi trener, który swego czasu opiekował się polskimi klubami, czyli Alessandro Qiappini.

Słoweńska reprezentacja to dziewczyny młode, które muszą jeszcze nabrać doświadczenia. Było to widać na boisku, gdyż z wyjątkiem trzeciego seta nie potrafiły nawiązać z nami równorzędnej walki.

Wygrać to święty obowiązek

Po Słowenii przyszła pora na mecz z reprezentacją Portugalii. Reprezentacją, która była anonimowa, co wyszło na boisku. Trener Jacek Nawrocki posłał w bój swoje drugoplanowe postaci, jednak nie przeszkodziło to w zwycięstwie 3-0.

Polki po dwóch spotkaniach miały 6 punktów i 6 zdobytych setów przy 0 straconych.

Przyszła pora na najtrudniejszego z najłatwiejszych rywali.

Nie zlekceważyć rywala

Trzecim przeciwnikiem Polski były reprezentantki Ukrainy. Jeżeli chodzi o tę kadrę, to selekcjoner prowadzi ją już 23 lata. Ta reprezentacja miała bardzo mocny skład w czasach, gdy Polki pod wodzą świętej pamięci Andrzeja Niemczyka zdobywały złoty medal w Ankarze.

Obecnie najbardziej znaną ukraińską siatkarką jest Alessia Rychluk, która występowała między innymi w szwajcarskim Vollero Zurych, które nawet potrafiło w rozgrywkach Ligi Mistrzyń ogrywać polskie zespoły, takie jak swego czasu MKS Dąbrowa Górnicza czy Developres SkyRes Rzeszów w ostatnich latach. Niestety nasze siatkarki w pierwszym secie zlekceważyły Ukrainki, przegrywając go bardzo pewnie.

Kolejne sety to powrót do swej gry i zwycięstwo 3-1.

Po tych spotkaniach przyszedł czas na mecze, które miały nam dać odpowiedź, ile nasza drużyna może znaczyć podczas tego turnieju.

Mecz przeciwko… rodaczkom

Czwarte spotkanie podopieczne Jacka Nawrockiego rozegrały z Belgijkami. Belgijkami, w których składzie występują rodowite Polki, które albo wyjechały jako małe dziewczynki do Belgii, albo nie były brane pod uwagę przez Polski Związek Piłki Siatkowej.

W składzie Belgii występują bowiem między innymi: Kaja Grobelna (siostra siatkarza Igora Grobelnego, w ubiegłym sezonie grającego w drużynie Cerradu Czarnych Radom), Dominika Strumilo czy Dominika Sobolska.

Po opublikowaniu przedmeczowych sylwetek “polskich Belgijek” na portalu sport.pl pojawiły się wśród kibiców komentarze sugerujące, że mają problem, komu kibicować.

Na boisku sentymentów nie było. Pierwsze piłki pokazały, że to może być mecz walki i taki był. Polki jednak nie wykorzystywały swoich szans i przegrały po tie-breaku 2-3, stawiając siebie w trudnej sytuacji. Sytuacja była w drabince taka, że zespoły z naszej grupy trafiały na kogoś z grupy bratysławskiej. W grupie bratysławskiej występowały takie zespoły jak Rosja czy Niemcy oraz Słowacja, Hiszpania czy Białoruś.

Trudny mecz zakończony zwycięstwem

W ostatnim grupowym spotkaniu nasze siatkarki mierzyły się z aktualnymi wicemistrzyniami świata, Włoszkami. Włoszkami, z którymi niedawno podczas Ligi Narodów przegrały po tie-breaku. Stawką tego spotkania było drugie miejsce w grupie i zmuszenie Włoszek do wyjazdu do Bratysławy.

Mecz zakończył się naszym zwycięstwem w tie-breaku 3-2 i nie dość, że zostaliśmy w Łodzi, to uniknęliśmy reprezentacji Rosji, trafiając w konsekwencji na reprezentację Hiszpanii.

Pokazać swą wyższość

W 1/8 finału Mistrzostw Europy podopieczne Jacka Nawrockiego podejmowały reprezentację z Półwyspu Iberyjskiego. Pomimo krótkiego przestoju w grze, który przytrafił się nam w środkowej fazie meczu, Polki wygrały 3-0. W ćwierćfinale czekały na nie Niemki, które we wcześniejszym spotkaniu pokonały reprezentację Słowenii, która awansowała, pokonując Ukrainę.

Horror zakończony happy endem

Ćwierćfinał to huśtawka nastrojów. Pierwszy set wygrany przez Niemki, potem dwa przez Polki, środkowa faza czwartego seta rozegrana przez nasze siatkarki beznadziejnie, gdzie Denise Hanke, znana z występów we Wrocławiu, zdobywa parę punktów z zagrywki naraz i tie-break, po którym mogliśmy krzyknąć “Witaj, Ankaro!” i zagrać w półfinale z gospodyniami, które pokonały Holandię 3-0.

Zespołowość siłą Turczynek

Turczynki, które miały słaby początek EuroVolleya i które męczyły się w meczach z Finlandią i Chorwacją, wygrywając je 3-2, teraz grały przeciwko naszej reprezentacji. Za sobą miały publiczność i przewagę psychologiczną, wynikającą z faktu, że – jak się okazało – grały cały turniej w Ankara Arenie. W meczu z naszymi dziewczynami było to widać, zwłaszcza w dwóch pierwszych setach.

Trzeci set to mądra gra naszych siatkarek, wykorzystywanie kontrataków, punkty zdobyte blokiem i zmuszanie do błędów własnych potomkiń Sulejmana Wspaniałego, a w konsekwencji zwycięstwo 25-14 i prowadzenie gospodyń tylko 2-1.

Czwarty set to gra wyrównana do stanu 15-13 dla naszego zespołu. Potem nastąpiła seria dobrych zagrywek tureckiej drużyny. Polki niedokładnie przyjmowały, co ostatecznie przyczyniło się do zwycięstwa w czwartej partii podopiecznych trenera Giovanniego Gwidettiego 25-19 i w całym spotkaniu 3-1.

Nie wrócić do kraju z niczym

W ostatnim swoim spotkaniu podopieczne Jacka Nawrockiego grały z reprezentacją Italii. Z tą samą, którą kilka dni wcześniej pozostawiły w pokonanym polu w meczu rozgrywanym w łódzkiej Atlas Arenie.

Na mecz o trzecie miejsce podopieczne Davide Mazzantiego wyszły zmobilizowane, mając świadomość, że wstydem byłoby wrócić do kraju bez medalu. Na naszych siatkarkach taka presja nie ciążyła, co było widać w pierwszym i trzecim secie.

Niestety przytrafiła się porażka 0-3, ale za wyjątkiem drugiego seta, który przypominał czwartego seta z Niemkami, Polki walczyły, grały odważnie i co najważniejsze nie przestraszyły się rangi spotkania o brązowy medal z bądź co bądź aktualnymi wicemistrzyniami świata.

Podsumowanie

Dochodząc do końca naszych rozważań, znajdujemy odpowiedź na pytanie, czy czwarte miejsce polskich siatkarek jest sukcesem czy porażką.

Jest ono jak najbardziej sukcesem, gdyż przed rozpoczęciem turnieju mało kto przypuszczał, że podopieczne trenera Nawrockiego zajdą tak daleko.

Porażki w decydującej fazie turnieju to dobre lekcje. Dobre lekcje siatkówki, ale bardziej w aspekcie psychologicznego podejścia do meczu. Najlepsze drużyny mają mało przestojów w grze, jednak my mamy jeszcze ich zbyt dużo. Trzeba powiedzieć, że nasza reprezentacja to młoda drużyna, która dostarczy nam jeszcze nieraz wielu pozytywnych emocji.

Jak powiedział po meczu Jacek Laskowski, sprawozdawca TVP, a prywatnie mąż naszej byłej reprezentantki Natalii Bamber-Laskowskiej: “Medale są gdzieś w pracowniach plastycznych i przyjdzie czas, gdy je zawiesicie na szyjach”.

Natalia Bamber-Laskowska wspomniała o tym, że teraz, gdy sezon reprezentacyjny dobiegł praktycznie końca, siatkarki do stycznia, gdy odbędzie się turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich, “muszą regularnie grać w klubach”.

Patrząc na postępy, jakie podopieczne trenera Nawrockiego poczyniły w ostatnim czasie, można mieć nadzieję, że awans olimpijski uda się wywalczyć.

Reprezentacje takie jak: Serbia, Turcja czy Włochy to europejska i światowa potęga żeńskiej siatkówki, jednak przyjdzie czas, gdy i my dołączymy na stałe do światowej czołówki. Potrzeba tylko cierpliwości i płynnego przenoszenia nabytych przez dziewczyny umiejętności w klubach na niwę reprezentacyjną.

Facebook