Nadchodzący tydzień będzie spełnieniem snów angielskich kibiców. W finałach Ligi Europy, jak i Ligi Mistrzów zmierzą się ze sobą kluby spod znaku Trzech Lwów. Czy to już znak, że „football’s coming home”? A może to po prostu łut szczęścia i kibice uznanych angielskich marek wychylili się z swoich nor tylko na moment?

Anglia jest kolebką piłki nożnej. Ani wielcy piłkarze pokroju Pelego, Mesiego czy Ronaldo tego nie zmienią, ani osiągnięcia klubów czy reprezentacji. To tu narodził się pierwszy związek, tu powstawały pierwsze kluby. W Anglii rozegrano też pierwszy finał pucharu krajowego. Z innej strony, Anglicy przekonani o swojej wyższości Puchar Rimera zdobyli po raz pierwszy w 1966 roku, bojkotując zarazem pierwsze trzy edycje. Dlaczego? Bo uważali się za lepszych od wszystkich.

Czy też tak było? Miejsce w szeregu pokazali im Węgrzy – tak, to nie żart! Wtedy jednak nad ich grą rozpływano się jak teraz nad Ajaxem. O duecie Puskas – Koscis marzył każdy trener świata, za ich plecami Hidegkuti. Anglicy w swojej świątyni polegli. Wtedy wreszcie się ocknęli i zaczęli pojmować, że „football” zmienił się w „futbol” i stał się ogólnodostępny.

Premier League zastąpiła First Division 1992 roku. Od tamtej pory produkt angielskich boisk jest przez wielu uważany za coś doskonałego, a przeciętny kibic wyspiarskiego futbolu niedzielne popołudnie woli pochłonąć spotkanie Wolves – Brighton niż przykładowe Juventus – Napoli. Otoczka zbudowana wokół ligi doprowadziła do jej ogromnego rozrostu w latach dziewięćdziesiątych. Czy to zaowocowało triumfami w Europie?

Absolutnie nie. Dopiero w 1999 roku na pewnym stadionie w stolicy Katalonii pewien angielski klub ze Szkotem u steru dokonał niemożliwego. Od tego momentu na europejskich salonach coraz częściej można usłyszeć o wyczynach, zbudowanych za ogromne pieniądze, angielskich klubów.

Ten finał, jak i kolejny w 2005 roku, pokazały jedno – nic nie jest w stanie powstrzymać Anglików przed dążeniem do celu. I ten rok dobitnie to pokazuje. Od 2012 roku i zwycięstwa Chelsea w finale Ligi Mistrzów angielski futbol przeżywał największy w XXI wieku kryzys. Tutaj już nie tylko reprezentacja grała poniżej oczekiwań – kluby również zawodziły. Zwycięstwo Manchesteru United w finale Ligi Europy? Dla kibica angielskiej piłki przez lata był to puchar pocieszenia, wtedy był sukcesem Mourinho i całej Anglii. Wiadomo – dla nas byłby to wielki sukces, ale dla futbolowej kolebki? To policzek, a nie sukces.

Na szczęście dla wyspiarskiego futbolu przybyli oni – futbolowi Avengersi. Guardiola, Pochettino, Sari, Emery i Klopp. Każdy z nich z inną filozofią i stylem pracy. Łączy ich jednak ciągła chęć wygrywania. Każdy z nich miał w swojej karierze momenty lepsze, jak i gorsze. Jednak w tym sezonie zweryfikowały ich europejskie puchary. Czterech z nich zostało finalistami europejskich pucharów, Guardiola w Anglii zgarnął dublet.

Hasło „to ten sezon” u fanów Liverpoolu powoduje odruch wymiotny. Co roku brakuje im niewiele, aby zdobyć puchar. W tym roku szykuje im się najlepsza ku temu okazja. W finale Ligi Mistrzów walczyć będą z Tottenhamem. Każdy zna historię tych dwóch półfinałów, każdy też wie, do czego zdolni są podopieczni Jurgena Kloppa. Przychodząc do Liverpoolu zapowiedział, że do końca swojego kontraktu zdobędzie przynajmniej jeden puchar. To ostatnia okazja, aby słowa dotrzymać.

Dla Tottenhamu ten mecz może być zwieńczeniem nieprawdopodobnej przygody. Przed sezonem wyśmiewani za brak transferów. Na jego końcu dokładnie za to chwaleni – jaki ten futbol jest przewrotny! Pochettino stworzył walczącego do końca potwora, który pokonał Manchester City jak i Ajax (równie zaskakujący w tym sezonie). Dla nich półfinał był spełnieniem marzeń. Teraz mogą sięgnąć wyżyn. Pytanie tylko, czy nie zabraknie im tlenu w samej końcówce wspinaczki.

Tegoroczny finał Ligi Europy jest jednym wielkim skandalem. Tak, chodzi o Mchitarjana. Ale na to już nikt nie ma wpływu. Nie przez kibiców nie będzie mógł zagrać w najważniejszym finale w swojej karierze. Dla Arsenalu ten mecz jest najważniejszym spotkaniem od ponad 10 lat. Wenger stworzył swoją potężną armię, jednak bez dopływu odpowiedniej świeżej krwi zaczynała ona umierać w ogromnych cierpieniach. Trupa miał reanimować Emery. Sezon nie był dla niego i jego podopiecznych dobry. Jednak wywalczyli oni finał Ligi Europy. Gdyby go wygrali, wróciliby na europejskie salony – do Ligi Mistrzów. Dla Emerego wygranie Ligi Europy to wręcz normalność – z Sevillą wygrywał ją kilka razy.

Dla Sariego z kolei to egzamin piłkarskiej dojrzałości. Wygranie da mu uwielbienie, a co za tym idzie – może pomoże utrzymać posadę trenera Chelsea. Doskonale wiemy, że Abramowicz to nieracjonalnie decydujący prezes. Zwalnia trenera po krótkim okresie słabej gry zespołu. Dlatego dla Włocha triumf w Lidze Europy jest wręcz obowiązkiem.

Czy ten tydzień może powtarzać się częściej? Wątpliwe, choć nie można angielskim klubom zamykać wrót do raju. Mają wszystko, czego do wielkości potrzeba – pieniądze, zawodników, trenerów i stadiony. Jednak czy będą w stanie to wykorzystać? Czas pokaże. Na razie kibice angielskiej piłki (może z wyjątkiem Manchesteru United) mogą wyjść z swych nor i cieszyć się chwilą chwały. Futbol wrócił do swojej kolebki. Wrócił do domu.