Mundial jak ze snów

Dokładnie 45 lat temu reprezentacja Polski rozegrała swój pierwszy mecz na Mistrzostwach Świata w RFN. Po raz pierwszy stanęła na najniższym stopniu podium, choć niewiele brakowało, aby zagrała w finale. Od 45 lat trwają tradycyjne w naszym kraju dyskusje – co by było gdyby…

Reprezentacja Polski jechała na turniej w RFN jako mistrzowie demoludów – w końcu drużyna Górskiego to mistrzowie olimpijscy z 1972 roku. Kadra dowodzona przez urodzonego we Lwowie szkoleniowca już w eliminacjach sprawiła dużą niespodziankę. Polacy po bramkach Gadochy i Lubańskiego wygrali starcie z Anglikami.

Zwycięstwo zostało jednak okupione wielką stratą. Jeden z bohaterów tego spotkania – polski skrzydłowy Lubański – po starciu z McFarlandem doznał kontuzji, która zmieniła jego życie. Geneza tej kontuzji nie zaczęła się jednak na Stadionie Śląskim, a na rozgrzewce przed wyjazdem Górnika na mecz ligowy w Szczecinie. Wtedy też Gorgoń trafił w nogę Lubańskiego. Trener Jan Kowalski, który widział to zajście, mówił: Nie było w tym niczyjej winy. I Jurek, i Włodek wykonywali ćwiczenia bez ulg i żartów. Zamaskowany przed spotkaniem uraz odnowił się po starciu z Anglikiem. Przez ten uraz kariera Lubańskiego się załamała – nie pojechał na mundial do Niemiec, a na kolejnym, w Argentynie, nie był już sobą.

Pomimo tak znaczącego braku Polacy potrafili (między innymi za sprawą zmiennika Lubańskiego – Jana Domarskiego i jego bramki) w świątyni angielskiej piłki zdobyć punkt, który dał reprezentacji awans na Mundial. Po raz pierwszy od 1938 roku Polacy jechali na Mistrzostwa Świata, a co najważniejsze – nie musieli się tam nikogo obawiać. Tercetu Lato – Szarmach (wskoczył” do wyjściowej jedenastki w miejsce Domarskiego) – Gadocha mogli obawiać się wszyscy obrońcy, z Beckenbauerem na czele. Środek pola – Deyna, Kasperczak i Maszczyk. Do tego solidna linia defensywna (Gorgoń, Żmuda, Szymanowski oraz Musiał „pół na pół” z Gutem). Nie można zapomnieć o bramkarzu. Tomaszewski przed turniejem przygotowywanym przez Huberta Kostkę, a więc medalistę Igrzysk Olimpijskich.

Budową tego składu zajęli się trzej fachowcy – Kazimierz Górski oraz dwóch jego asystentów: Andrzej Strejlau i Jacek Gmoch. I nie da się relacji tych dwóch wielkich szkoleniowców określić inaczej niż chłodne. Zagłębiając się w publikacje prasowe, a także książki obu panów, można wyciągnąć odpowiednie wnioski. I to zostawiam czytelnikom – szanuję obu trenerów i nie chcę wypowiadać się o żadnym z nich negatywnie. Są to ikony polskiego sportu. Warto jednak zaznaczyć, że rywalizacja między Gmochem i Strejlauem dała wiele pozytywnych efektów. W książce  „On, Strejlau” można przeczytać taką wypowiedź bohatera tytułowego:

 […] Kazio wziął pięć rad moich, pięć Jacka [Gmocha], a drużynie dał piętnaście.

I na tym prawdopodobnie polegała wielkość Górskiego – potrafił wyciągać z ich rywalizacji wszystko, co najlepsze dla kadry. A dodatkowo nie zamykał kadry dla ludzi „z zewnątrz”, co może potwierdzić dziennikarz “Rzeczpospolitej” – Stefan Szczepłek.

Już w pierwszym meczu turnieju Polacy pokazali pazur, wygrywając z Argentyną. Nie minęło dziesięć minut, a Polacy prowadzili dwoma bramkami. Ostatecznie zwycięstwo Polaków nad Argentyną Mario Kempesa mogło sugerować, że Polacy mogą stać się czarnym koniem tego turnieju. Kolejne dwa spotkania tylko zaostrzyły apetyt polskich kibiców.

Zwycięstwo z Haiti było raczej wpisane  „w rejestr”. Jednak ostatnie spotkanie z Włochami już nie do końca. Zespół Italii prowadzony przez Ferruccio Valcareggio (Mistrzostwo Europy oraz Wicemistrzostwo Świata) uległ  „Orłom Górskiego” po golach Szarmacha i Deyny. Nie pomógł im Dino Zoff ani Fabio Capello. Polacy zameldowali się w drugiej rundzie. Tam czekały ich pojedynki z Jugosławią, Szwecją i RFN-em. W meczu z Jugosławią kontuzji doznał Szarmach, co wykluczyło go ze spotkania z gospodarzami. Jednak czy na pewno nie mógł zagrać?

Stefan Szczepłek wspominał o tym urazie. Krwiak na udzie Szarmacha zniknął po przyłożeniu przez „niemieckiego szamana” lodu. Jednak sztab szkoleniowy nie zdecydował się na wystawienie napastnika w tym spotkaniu.

Ten mecz, jak i spotkanie z 1982 roku przeciwko Włochom w półfinale, można uznać za zmarnowaną szansę. Choć trzeba przyznać – los nam nie sprzyjał. 3 lipca 1974 roku wydarzyło się coś, czego nie spodziewali się piłkarze, ale przede wszystkim organizatorzy. Ulewa, jaka przetoczyła się przez boisko, doprowadziła murawę do stanu agonalnego. Austriacki sędzia – Erich Linemayr pozwolił na rozegranie spotkania (nie miał innego wyboru).

Mecz odbywał się w złych warunkach, dodatkowo na spotkanie wyznaczony został niemieckojęzyczny sędzia, którego polscy zawodnicy nie znali zbyt dobrze. Mimo zaciętej walki to Muller zdobył jedyną bramkę w tym spotkaniu. Beckenbauer i spółka mogli przygotowywać się do spotkania finałowego z Holandią. Polacy z kolei szykowali się do starcia z Brazylią.

To spotkanie zostanie zapamiętane z ładnego rajdu Laty. To jego strzał zapewnił nam medal Mistrzostw Świata. Po raz drugi w historii graliśmy na mundialu, a po raz pierwszy staliśmy na podium. Po 45 latach od tego sukcesu pozostają nam tylko wspomnienia o chwale, o Deynie obok Cruijffa i Beckenabauera.

Czy jest szansa na powtórzenie kiedyś tego sukcesu? Oczywiście. Jeżeli tylko trafi się nam kolejne złote pokolenie, które zostanie dobrze wykorzystane. Trzeba tylko trochę poczekać.

Facebook