Największy z dziennikarzy sportowych, czyli o Bohdanie Tomaszewskim słów kilka

“Ja jeszcze nie kończę”, “Teraz cisza, gdyż serwuje Janowicz”, “Nie zapomnę Jadzi Jędrzejowskiej” – to teksty, które na zawsze wpiszą się w tradycję polskiego dziennikarstwa sportowego. 27 lutego 2015 roku odszedł od nas Bohdan Tomaszewski, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli polskiego dziennikarstwa sportowego, żywy świadek historii, żołnierz Związku Walki Czynnej, tenisista drużyny Warszawianka, ale przede wszystkim autor kilku książek i komentator sportowy. Dzisiejsza kartka to kilka wspomnień, które przybliżą tę piękną postać.

Wprowadzenie

Jest rok 1921 i na świat przychodzi Bohdan Tomaszewski. Wychowywany jest w rodzinie patriotycznej, dość powiedzieć, że w jego domu znajduje się portret Józefa Piłsudskiego, jednego z twórców odradzającego się państwa polskiego. Jego rodzice należą do klasy średniej, nie tej najbogatszej, chociaż końcówka nazwiska na to by wskazywała. Wierny wartościom wyniesionym z domu – gdy w 1939 r. nieszczęśliwie wybucha wojna, 18-letni wówczas Bohdan wstępuje do Związku Walki Czynnej, gdzie spotyka swych późniejszych kolegów z kortów Warszawianki: Ignacego Tłoczyńskiego i Jerzego Gottschalka, nadzieję ówczesnego polskiego tenisa.

Spotyka również Jadwigę Jędrzejowską, pierwszą polską finalistkę wielkoszlemowego Wimbledonu, najstarszego rozgrywanego od 1879 roku turnieju, o czym mówi w swej książce “Łączymy się ze stadionem”. Jędrzejowska określana jest tam mianem “pięknej kobiety o wysokich parametrach fizycznych”. Nie ma w tym żadnej ironii. Tomaszewski łączy piękno i parametry fizyczne, aby podkreślić przyczynę jej sukcesów na korcie.

Kariera dziennikarska w pigułce

Po wojnie komentuje igrzyska olimpijskie w Moskwie, wcześniej w Paryżu. Nastawiony jest głównie na kolarstwo, gdzie w latach 70. i 80. mogliśmy oklaskiwać Stanisława Królaka oraz Ryszarda Szurkowskiego. Nie stroni jednak od lekkiej atletyki, w której również jesteśmy mocni. Wystarczy wspomnieć takie postaci jak: Władysław Komar (znakomity kulomiot), Zdzisław Krzyszkowiak (nasz biegacz), a wśród kobiet Irena Kirszenstein (później Szewińska) czy Halina Konopacka (później Matuszewska), znakomita dyskobolka.

Jego największą miłością sportową jest jednak tenis. Dyscyplina, którą od początku znał jak nikt. To on grał w turniejach juniorów, reprezentując Warszawiankę, to on spotkał na swej drodze Ignacego Tłoczyńskiego, Jerzego Gottschalka czy Jadwigę Jędrzejowską. Od nich nauczył się zasad tej pięknej gry, które wcielał od początku swej przygody z mikrofonem. Wcielał, nie znaczy katował ludzi tenisem.

Wszystko potrafił doskonale opisywać. Wprowadził literacki język do dziennikarstwa sportowego. Jak mawiał w swej książce “Łączymy się ze stadionem”, jego ulubionymi autorami byli Kazimierz Wierzyński oraz Stanisław Dygat, czyli ludzie, których głównym tematem był sport. Można powiedzieć, że ten literacki język zaczerpnął od nich. Tomasz Tomaszewski, dziennikarz Polsatu Sport, a prywatnie syn Bohdana Tomaszewskiego, podkreślał jego “lekkie pióro”.

Współczesny Bohdan Tomaszewski jako ostoja spokoju, a jednocześnie dziennikarz wcieleniowy

Najbardziej pamiętne mecze z udziałem polskich tenisistów to przełom pierwszej i drugiej dekady XXI wieku. Oczywiście miały miejsce na Wimbledonie.

W 2011 roku Agnieszka Radwańska, jako druga Polka w historii, doszła do finału. Przez cały turniej Bohdan Tomaszewski wcielał się w rolę sekundanta polskiej zawodniczki. Przy dłuższych akcjach zagrzewał do walki: do dogonienia piłki lecącej nad siatką, do szybkiego odbioru po płaskim serwisie. W przerwach między nieparzystymi gemami opowiadał historie swej młodości. Przywoływał “Jadzię Jędrzejowską” (jak ją potem określał) czy też powstańców warszawskich walczących w batalionie “Parasol”. Generalnie poprzez swój stosunek do wykonywanego zawodu potrafił zainteresować nawet “niedzielnego kibica”.

Tak samo było w 2013 roku, gdy do półfinału wimbledońskiego turnieju docierał Jerzy Janowicz. Tutaj jednak Tomaszewski… uczył się zawodnika. Można to ująć w cudzysłów i słowo “uczył” zastąpić przez “rozpoznawał”. Dokładniej chodziło o jego charakter.

Zauważył, że dla Jerzego Janowicza najlepsza do serwowania jest cisza i zawsze przed gemami, w których zawodnik z Łodzi serwował, do swego komentarza wplatał: “Teraz cisza… serwuje Janowicz”. Janowicz miał różne okresy w swych starciach.

Pamiętne starcie z australijskim tenisistą, Lleytonem Hewittem, to najbardziej męczący dla Janowicza pojedynek podczas ówczesnej edycji Wimbledonu. Nie trafiany pierwszy serwis czy uderzenia piłki w siatkę Tomaszewski puentował jednym zdaniem: “Nic się nie stało. Trzeba serwować lżej, ale Jerzyk o tym wie”. Tak było podczas każdego meczu Janowicza za najlepszych lat łodzianina.

Nie liczę godzin i lat

Ten refren słynnej piosenki z repertuaru Andrzeja Rybińskiego doskonale pasuje do usposobienia “Mistrza mikrofonu”. W swoje 90. urodziny, zapytany o emeryturę, stanowczo powiedział: “Ja jeszcze nie kończę”. Słowa te oddawały jego wigor i zapał do pracy, towarzyszący do końca jego życia.

Odszedł 27 lutego 2015 roku w wieku 94 lat.

Podsumowanie

Bogactwo transmisji oraz książki, jakie pozostawił po sobie Bohdan Tomaszewski, powinny być niczym “Pan Tadeusz” dla młodego adepta dziennikarstwa.

Kwiecisty język, oryginalne słownictwo, gra całym sobą podczas meczów tenisowych, wcielanie się w rolę sekundanta oraz historyczny aspekt przygotowania do transmisji to cechy, które będą kojarzyć się nieodłącznie z tą barwną postacią polskiego dziennikarstwa.

Tomaszewskiego fizycznie już wśród nas nie ma, lecz nagrania, które po nim pozostały, są dogłębnym materiałem do analizy rozwoju polskiego dziennikarstwa sportowego.

Młodszy kibic zapyta mnie: “Dlaczego nie mówisz o Zarzecznym?”. Nie deprecjonuję zasług Pawła Zarzecznego, jednak Tomaszewski to prawdziwy prekursor tej dziedziny dziennikarstwa w Polsce i nauczyciel kolejnych pokoleń, na czele z własnym synem Tomaszem.

Facebook