Grand Prix Monako jest jedną z tych rund w kalendarzu, na którą czeka się z zapartym tchem, jednocześnie mając świadomość, że nie doświadczy się zbyt dużej walki na torze. Tegoroczny wyścig przyćmiła śmierć znanego w Formule 1 nazwiska – Niki Lauda odszedł, a zespół Mercedesa pojechał tak, by był z nich dumny. Hamilton sięgnął po zwycięstwo pomimo trudności, jednak jego ekipie nie udało się podtrzymać passy dubletów, która trwała od początku tego sezonu…

Kierowcom Srebrnych Strzał już na starcie postanowił zagrozić Max Verstappen. Wykonał dość optymistyczny manewr, jednak nie udało mu się pokonać Hamiltona. Znacznie mniej udany początek zaliczył Kimi Räikkönen, dla którego była to 300 Grand Prix w karierze. Zyskał natomiast Robert Kubica. I to aż dwie pozycje!

Spięcia, które zadecydowały o wszystkim
Gorycz monakijskich kibiców

Po błędzie Ferrari w kwalifikacjach Charles Leclerc (który nie awansował nawet do Q2) startował z odległej pozycji i oczywistym było, że będzie musiał walczyć o pozycję. Przypomnijmy jednak, że mowa tutaj o ciasnych ulicach Monte Carlo, na których wyprzedzanie jest niebywale trudne. Początek był jednak dość obiecujący. Monakijczyk wyprzedził Lando Norrisa w nawrocie, będącym niezwykle ciasnym i zarazem najwolniejszym miejscem na całym torze (a nawet w całym kalendarzu). Następnie przez kilka okrążeń utrzymywał się za plecami Romaina Grosjeana. Wyprzedzenie kierowcy Haasa okazało się trudniejsze, jednak Leclerc ostatecznie zdecydował się na dość ryzykowny manewr w ostatniej sekcji toru. Skuteczny.

To mogło zapowiadać naprawdę wiele pozytywnych emocji. Kto bowiem nie lubi nieprzewidywalnych, acz skutecznych w wykonaniu manewrów bardzo zdeterminowanego kierowcy? Problemy pojawiły się jednak bardzo szybko. Już okrążenie później kierowca Ferrari spróbował wyprzedzić Nico Hülkenberga. Doszło między nimi do kontaktu, w efekcie czego Leclerc przebił oponę w swoim samochodzie. Zmusiło go to do szybkiej wizyty w boksach. Pech chciał, że z ów przebitą oponą przejechać musiał właściwie całą pętlę toru, przez co rozrzucił po nim kawałki gumy i podłogi, którą przy okazji zniszczył. Na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa.

To zdecydowanie nie był udany początek domowego Grand Prix…

Niemałe zmieszanie w boksach

Skoro samochód bezpieczeństwa, to i błyskawiczne wizyty w boksach. I to w boksach właśnie doszło do kolejnego spięcia, które miało ogromny wpływ na końcowy wynik wyścigu. Sebastian Vettel wyjechał tuż za Valtterim Bottasem. Przed Finem znalazł się natomiast Max Verstappen. Tyle tylko, że Holendra wypuszczono w zdecydowanie nieodpowiednim momencie. Doszło bowiem do kontaktu pomiędzy nim a Finem, który z tego powodu zmuszony został do kolejnej wizyty w boksie. Ta zaś sprawiła, że znalazł się na czwartej pozycji, a kolejny dublet stał się praktycznie niemożliwy.

Verstappen natomiast otrzymał od sędziów karę. Fakt, że zarówno Vettel, jak i Bottas jechali odpowiednio blisko sprawiał, że Holender mógł powoli żegnać się z podium. Jedyną szansą byłoby dla niego wyprzedzenie Lewisa Hamiltona i odjechanie reszcie stawki. Gdybyśmy byli na innym torze, mógłby to być całkiem prawdopodobny scenariusz. Hamilton przez znaczną część wyścigu walczył ze zużytymi oponami, przez co jechał zdecydowanie wolniej. Verstappen nie był jednak w stanie się z nim uporać. Dopiero w ostatniej fazie wyścigu przypuścił na niego atak w szykanie. Doszło do kontaktu, jednak niczego to nie zmieniło. Hamilton jechał po swoje.

Chwila zamieszania

Zjazd samochodu bezpieczeństwa zawsze wiąże się z pewnymi nadziejami na ciekawe rozwiązania. W końcu cała wypracowana przewaga topnieje, a kierowcy znów są na tyle blisko, by nawiązać ze sobą walkę. Tym razem krótko po zakończeniu neutralizacji doszło do dość sporego zamieszania w końcu stawki po tym, jak Antonio Giovinazzi zahaczył o bolid Roberta Kubicy. Samochód Polaka obrócił się, blokując przejazd i zatrzymując tym samym kilku innych kierowców. Byli wśród nich chociażby Hülkenberg, Russel czy Leclerc.

Jeśli już o Leclercu mowa – zniszczona podłoga zdecydowanie nie ułatwiała Monakijczykowi jazdy i nawet ogromna determinacja nie była w stanie mu pomóc. Po zaledwie kilku okrążeniach jazdy na twardych oponach zjechał do boksu po miękką mieszankę. Nie było jednak czasu zastanawiać się nad sensem takiego manewru, ponieważ już na następnym okrążeniu ponownie zawitał u swoich mechaników. Tym razem po to, by ostatecznie zakończyć ten wyścig.

Sytuacja się uspokoiła

Po całym tym zamieszaniu krótko po zjeździe samochodu bezpieczeństwa, sytuacja na torze uległa stabilizacji. McLaren pokazał nieco pracy zespołowej, gdy Lando Norris spowolnił kierowców za swoimi plecami, ułatwiając tym samym życie swojemu koledze z zespołu, gdy ten zjechał do boksu. Ostatecznie Carlos Sainz ukończył wyścig na wysokiej, szóstej pozycji.

Doszło również do kilku bardziej emocjonujących starć. Kimi Räikkönen wdał się w walkę z Lance’em Strollem. Doszło między nimi do kontaktu, a sam Fin nie ukrywał nawet swojego zdenerwowania przez radio. Nieco później Stroll podpadł również rodakowi Räikkönena – podczas dublowania przyblokował nieco Valtteriego Bottasa. Kolega z zespołu Kanadyjczyka – Sergio Pérez – miał natomiast małą przygodę z Kevinem Magnussenem, który podczas walki z nim ściął szykanę.

Klasycznym już widokiem w ostatniej fazie wyścigu jest walka o najszybsze okrążenie i bonusowy punkcik. Tym razem Red Bull zdecydował się na ściągnięcie do boksu Pierre’a Gasly’ego, który na świeżej mieszance był w stanie wykręcić najlepszy czas. Innym kierowcą, który w końcówce pokazał zaskakująco dobre tempo, był Daniel Ricciardo. Australijczyk jechał na dziesiątej pozycji ze sporą stratą do Romaina Grosjeana. Udało mu się jednak przyspieszyć na tyle, by na metę wpaść mniej niż pięć sekund za Francuzem. Zważywszy na fakt, iż kierowca Haasa miał pięciosekundową karę, to właśnie Ricciardo ostatecznie zakończył rywalizację na dziewiątym miejscu.

Grand Prix Monako już za nami. Jedni twierdzą, że nie był to zbyt emocjonujący wyścig, podczas gdy inni utrzymują, iż jest to jeden z ciekawszych w tym sezonie. Rundy rozgrywane na ciasnych ulicach Monte Carlo zawsze są jednak w pewnym sensie wyjątkowe. I tak też było tym razem.

Zwycięstwo Hamiltona, który zmagał się ze zużytymi oponami, było w pełni zasłużone, a wszystkie gesty, mające upamiętnić zmarłego Nikiego Laudę łapały za serce od początku tego weekendu. To już jednak za nami, a Grand Prix Kanady, którą polscy kibice z pewnością tak mile wspominają, odbędzie się już za dwa tygodnie na torze imienia Gillesa Villeneuve’a.