Paweł Kękuś to kibic od 20 lat poruszający się na wózku inwalidzkim. Opowiada o tym, jak zaczęła się jego przygoda z kibicowaniem i czy poruszanie się na wózku bywa problematyczne.


Maksymilian Manterys: Panie Pawle, jest Pan kibicem Wisły Kraków, FC Barcelony i piłkarskiej Reprezentacji Polski. Skąd zamiłowanie właśnie do piłki nożnej?

Paweł Kękuś: Poniekąd „z konieczności”, bo nie mogło być inaczej. Odkąd pamiętam, piłka była obecna w moim życiu z tradycji, ponieważ dziadek, babcia, mama i tata byli kibicami. Oraz z pewnością z pobudek atawistycznych, bo jak każdy mały chłopak kiedy i gdzie się dało, to najchętniej kopałem w piłkę. Umyślnie mówię „kopałem”, bo grał to mój starszy brat.

MM: Pamięta Pan swój pierwszy mecz na stadionie przy ul. Reymonta w Krakowie?

PK: Oczywiście, że pamiętam. Miałem wtedy 6 lat, był to mecz z GKS-em Katowice, na który poszedłem z tatą i z bratem. Przyznać muszę, iż z tego meczu pamiętam jedynie tyle, że Wisła wygrała. Bo już wtedy na równi interesowało mnie to, co dzieje się na trybunach, czyli tzw. oprawa meczowa, kolorowe koszulki, szaliki i inne akcesoria kibicowskie oraz łatwo wpadające w ucho piosenki, które po dzień dzisiejszy można usłyszeć przy Reymonta.

MM:  Które spotkanie najbardziej zapadło Panu w pamięć spośród tych obejrzanych na żywo?

PK: Oj, było takich spotkań wiele. Z pewnością zaliczyć do nich muszę to, na którym po długiej nieobecności pojawiłem się i oglądałem go po raz pierwszy z pozycji wózka inwalidzkiego. Był to mecz z Pogonią Szczecin, wygrany przez Wisłę 3:1. Wówczas emocje były tak ogromne, że w momencie śpiewania hymnu popłakałem się jak dziecko, lecz najważniejsze, że były to łzy szczęścia. Kolejne mecze mocno zapadające w pamięć to świetne występy Wisły w Europejskich Pucharach. A szczególnie taki jeden, kiedy to moja Wisła mierzyła się z moją FC Barceloną i wygrała – skromnie 1:0. Choć nie dało nam awansu, to zwycięstwo było więcej niż symboliczne, ponieważ FC Barcelona w drodze po Puchar Ligi Mistrzów doznała tylko tej jednej, jedynej porażki.

MM: Jest Pan kibicem z niepełnosprawnością. Porusza się za pomocą wózka inwalidzkiego. Czy nie przeszkadza to w żaden sposób w dopingowaniu?

PK: Po trosze wózek jest barierą, chociaż z drugiej strony czasami bywa też furtką. Choć sam w sobie ogranicza ekspresję, to dzięki fundacjom i stowarzyszeniom kibicowskim umożliwia kibicowanie poza naszym domem, czyli stadionem imienia Henryka Reymana. Mówiąc o furtce, mam też na myśli to, że nigdy nie przypuszczałbym, iż jest możliwe osobiste poznanie piłkarzy mojego ukochanego klubu, a czasami wręcz kumpelskie relacje z nimi.

MM:  Na sam koniec, czego Panu życzyć?

PK: Życzyć proszę zdrowia, powrotu Wisełki do Pucharów Europejskich, najlepiej za sprawą kolejnego Mistrzostwa Polski. A także więcej meczów przy Reymonta w towarzystwie mojej żony, bo nie łatwo ją do tego nakłonić.