Paweł Wiesiołek: chcę pokazać, co potrafię

Źródło: pzla.pl

Tytuł mistrza Polski w marcu dał mu zastrzyk energii – był dobrą prognozą na igrzyska w lipcu. W Tokio jego kariera miała sięgnąć zenitu, jednak wybuch pandemii pokrzyżował olimpijskie plany. O zmianie myślenia, trudnej karierze sportowca i nadziejach na kolejny sezon opowie Paweł Wiesiołek – wielokrotny mistrz Polski w wieloboju.

Z Halowych Mistrzostw Polski w Toruniu przywiozłeś złoto. Jakie to uczucie być mistrzem Polski?

Głupio to zabrzmi, ale… przyzwyczaiłem się. Trochę tych złotych medali już mam (śmiech). W siedmioboju halowym nie ma moich koronnych konkurencji, czyli rzutów, a mimo to w Toruniu udało mi się wykręcić trzy rekordy życiowe: skok o tyczce – 5,10 m, bieg na 60 m – 6,96 s i 6050 punktów w siedmioboju. Ten ostatni wynik poprawiłem o niemal 100 punktów. To dało mi 2. miejsce w polskich tabelach historycznych. W roku olimpijskim to bardzo dobrze wróżyło.

Brzmi jak „forma życia”…

Jestem bardzo pewny siebie. Czuję, że teraz jest moment, kiedy pokażę, co potrafię. Pięć lat temu w Pekinie (Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce Pekin 2015 – przyp. red.) wydawało mi się, że jestem dojrzałym zawodnikiem. Wydawało mi się (śmiech). Wiele się od tego czasu zmieniło – teraz żaden ruch nie jest przypadkowy, mam dużą kontrolę nad ciałem.

Na czym polega ta zmiana?

Kiedyś byłem głodny wyników – teraz nie muszę nikomu nic udowadniać. Trener mnie tego oduczył. Gdy chciałem zrobić kosmiczny przeskok, pokazał mi inne podejście. To nie medale, nie „sprzedanie się” kibicom, nawet nie pokonywanie samego siebie jest ważne, a realizacja celów. Każde zawody są jak kolejny trening – wykonuję zadania od trenera, muszę utrzymać odpowiednie tempo, pamiętać o technice, a wtedy wyniki nie będą dalekie od rekordu życiowego.

Czyli dużo w tym zasługi Twojego trenera, Michała Modelskiego.

Tak, można powiedzieć, że trener mnie „przekręcił” i poukładał. Nawet pandemia tego nie zburzyła.

Jak wyglądała Wasza współpraca, gdy wybuchła pandemia i cały sport stanął w miejscu?

Byliśmy w kontakcie 24 na dobę. Traktuję go jak przyjaciela, mam do niego wielkie zaufanie. Choć jest 15 lat starszy, nie poucza mnie, a doradza. Kiedy ja zaczynałem, Michał prowadził Karolinę Tymińską – wówczas topową zawodniczkę. Już wtedy wiedziałem, że chciałbym takiego trenera. Ludzkiego, wspierającego, a na stadionie – ostrego i stanowczego. Nawet kiedy nic się nie chce, sama obecność „Szefa” na treningu motywuje, by spiąć się i naprawdę postarać.

Kiedy zacząłeś karierę zawodnika?

To mój 12. rok w sporcie, ale dopiero od 6 lat mówię o porządnym, zawodowym treningu. Dziesięcioboju nie da się trenować ot tak, na przykład trzy lata. Do sportu złożonego z tak wielu elementów dochodzi się latami. Wielobój nie jest dla każdego, trzeba być „świrem” na punkcie sportu. To dyscyplina dla „wariatów”.

Jak w takim razie nie stracić głowy, kiedy nie wychodzi? Jak zareagowałeś na przełożenie igrzysk?

Kiedy przełożyli Tokio na 2021 r., pierwszy raz od czterech lat odpaliłem konsolę do gier (śmiech). A tak serio, wiedziałem, że muszę za wszelką cenę utrzymać formę i po prostu robić swoje. Wbrew pozorom obecny kryzys – odwołane zawody, zamknięte obiekty, to nie jest najgorsze, co może spotkać sportowca. Kiedy trzy lata temu zacząłem współpracę z obecnym trenerem, powiedzieliśmy sobie, że jedziemy na igrzyska. Czy będzie dobrze, czy źle, mamy cel – dobry start w Tokio. Chciałem z klasą zakończyć karierę olimpijczyka. W międzyczasie pojawiło się wiele złych myśli, słabe warunki do trenowania, nie było sponsorów, a co za tym idzie – za co żyć. By móc trenować, musiałem pójść do regularnej pracy. W innych zawodach nie trzeba pracować, żeby można było iść do pracy. To absurdalne. Wtedy grupa biegaczy, którą prowadziłem, uratowała mi życie. Wiele zawdzięczam też relacji między naszą trójką – mną, moją żoną i trenerem. Jest na tyle szczera i prawdziwa, że wiedziałem, że wszystko przetrwamy. Tak było – znaleźli się sponsorzy i mój team się powiększył: dzięki agencji public relations rozwijam się nie tylko jako zawodnik, ale również jako człowiek. Mi się udało, ale wielu świetnych zawodników kończy karierę przedwcześnie, bo nie może się utrzymać.

Jakie są Twoje plany na kolejny sezon?

Nie wiemy jeszcze, co z sezonem startowym. Odwołano mistrzostwa Europy. Możemy już trenować na stadionach, więc dobry start w przeniesionych na październik mistrzostwach Polski wydaje się trochę bardziej realny niż jeszcze miesiąc temu. Czy nam wszystkim spadła forma? Przekonamy się w marcu na Halowych Mistrzostwa Europy w Toruniu. Plan na igrzyska olimpijskie, który ustaliłem z trenerem, czyli lokata w pierwszej ósemce, zostaje bez zmian.

Czyli jest nadzieja?

Tak jak mówiłem, jestem bardzo pewny siebie (śmiech). Czuję mega wsparcie mojego teamu. Moja żona, trener i ekipa PR-owa to najwierniejsi kibice. Bliskie osoby motywują do dalszej walki, niezależnie od wyników. Nawet w takich trudnych czasach.

*wywiad przekazany przez agencję Race PR i udostępniony na ich prośbę

Facebook