Pewny dublet Mercedesa i strategiczne faux-pas Ferrari, czyli podsumowanie GP Chin

Chiny

Facebook.com/MercedesAMGF1

Na ten tysięczny wyścig w historii Formuły 1 przygotowywano nas od samego startu sezonu; odliczanie, wspominanie najlepszych wydarzeń, tworzenie podniosłej atmosfery… Tymczasem Grand Prix Chin przyniosło niezagrożony dublet kierowcom Mercedesa i jak dotąd bodaj najmniej widowiskową rywalizację.

Okrążenie formujące pokazało, że warunki na torze mogą być dla kierowców problematyczne. Zarówno Max Verstappen, jak i Robert Kubica niegroźnie się obrócili. Mogło to mieć wpływ na nie nazbyt emocjonujący start, na którym pozycjami zamienili się między sobą kierowcy Mercedesa i Ferrari. Hamilton wyszedł na prowadzenie, a Leclerc znalazł się przed Vettelem…

Kilka zakrętów później zadziało się w środku stawki, kiedy to doszło do starcia Daniila Kvyata z kierowcami McLarena. Najbardziej w całym zajściu ucierpiał Lando Norris, którego bolid wybiło na chwilę w powietrze, przez co przez resztę wyścigu musiał zmagać się z dość poważnymi uszkodzeniami.

Co się stało w Ferrari?

Włoska ekipa zawiodła kibiców już w sobotnich kwalifikacjach, kiedy to uległa kierowcom Mercedesa. Wydawać by się mogło, że Ferrari będzie znacząco zyskiwać i odrabiać chociażby na długich prostych toru w Szanghaju, tymczasem ich największym rywalem okazali się nie tyle inni kierowcy, co… oni sami.

Jak już wspomniałam, Charles Leclerc zdołał po starcie znaleźć się przed swoim kolegą z zespołu. Mercedes bardzo szybko pokazał, że walka z nimi będzie praktycznie niemożliwa, więc to właśnie na duecie Ferrari skupiła się spora uwaga kibiców. Sebastian Vettel przez kilka okrążeń trzymał się blisko swojego zespołowego kolegi, ale nie potrafił go wyprzedzić.

W okolicy jedenastego okrążenia Leclerc otrzymał pierwszy komunikat, z którego wynikało, że powinien przyspieszyć, jeśli nie chce, by wydano polecenie o przepuszczeniu Vettela. Tyle tylko, że nie minęło nawet jedno pełne kółko, a ów polecenie wydano. Monakijczyk posłuchał, jednak wyraził swoją frustrację przez radio. I chyba nie ma co mu się dziwić…

Sytuacja pogorszyła się, gdy przyszło do zmiany opon. Pierwszy do boksu zjechał Sebastian Vettel, którego Red Bull zdołał podciąć swoją strategią. Po wyjeździe znalazł się blisko Verstappena, który nie zamierzał odpuszczać i zaatakował pod koniec dziewiętnastego okrążenia. Niemiec nie zamierzał jednak łatwo oddawać swojej pozycji i wręcz wypchnął Holendra z toru. Na szczęście dla obu kierowców obyło się bez większych szkód.

Tymczasem wobec Leclerca zastosowano zupełnie inną strategię, która finalnie okazała się dość, delikatnie rzecz ujmując, nietrafiona. Monakijczyka przytrzymano na torze znacznie dłużej, w efekcie czego po zmianie opon wyjechał daleko za Maxem Verstappenem i przez resztę wyścigu nie miał szans na nawiązanie z nim walki.

A co słychać w środku stawki?

Więcej walki w środku stawki to już swego rodzaju tradycja. Nie ma co się zresztą dziwić – różnice między samochodami są tam znacznie mniejsze, co zdecydowanie ułatwia rywalizację. Nie inaczej było tym razem i kilku kierowców zafundowało nam ciekawe widowisko.

Na samym początku mieliśmy okazję obserwować walkę Daniila Kvyata z Lance’em Strollem oraz Alexa Albona z Antonio Giovinazzim. Rosyjski kierowca reprezentujący Toro Rosso doigrał się jednak w oczach sędziów i otrzymał karę przejazdu przez aleję serwisową. Ostatecznie wycofał się z rywalizacji na 44 okrążeniu.

Natomiast mniej więcej w połowie wyścigu byliśmy świadkami starcia Pierre’a Gasly’ego z Kimim Räikkönenem. Warto zauważyć, że jazda fińskiego kierowcy już nie pierwszy raz cieszy nasze oczy. Kilkanaście okrążeń później nawiązał walkę również z Romainem Grosjeanem, a ostatecznie zakończył rywalizację na dziewiątej pozycji.

Mieliśmy nawet okazję zobaczyć kilka manewrów z udziałem kierowców Williamsa. W okolicy 46 okrążenia Robert Kubica został wyprzedzony przez mającego uszkodzony samochód Lando Norrisa, a pod koniec wyścigu obaj reprezentanci ekipy z Grove znaleźli się bardzo blisko siebie.

Walka o jeden punkt

Mowa oczywiście o punkcie za najszybsze okrążenie, które w tym wyścigu, wbrew pozorom, nie padło łupem żadnego z kierowców Mercedesa. W niemieckiej ekipie padały pytania o czas, ostatecznie jednak walka ta rozegrała się między Ferrari a Pierre’em Gaslym. Charles Leclerc zjechał ponownie znacznie później od kolegi z zespołu i wydawać by się mogło, że o ów punkt powalczy.

W rzeczywistości jednak przez dobrych kilka okrążeń to właśnie Vettel dzierżył najlepszy czas. Tuż przed końcem wyścigu Red Bull zdecydował się na sprowadzenie do boksu Gasly’ego, którego przewaga nad siódmym Danielem Ricciardo była na tyle duża, że nie ryzykowali utraty pozycji. Francuz na najświeższych oponach zrobił to, co do niego należało i dopisał do swojego nazwiska bonusowy punkcik.

Zwycięzcy i przegrani

Mówiąc o zwycięzcach, nie sposób nie przyznać Mercedesowi, że wyścig w ich wykonaniu był bezbłędny. W pewnym momencie zaryzykowali i sprowadzili obu kierowców do boksu na tym samym okrążeniu. Koniec końców zdobyli jednak prawie wszystko (poza bonusowym punktem), co było do zdobycia i umocnili swoją pozycję w klasyfikacji generalnej.

Z bardzo dobrej strony pokazał się Alex Albon. Kierowca Toro Rosso po wypadku w trzecim treningu musiał wystartować z samego końca stawki, ostatecznie ukończył jednak wyścig na dziesiątej pozycji, zdobywając jeden punkt i tytuł kierowcy dnia w oczach kibiców. Chyba dość zasłużenie.

Tymczasem kibice Daniela Ricciardo odetchnąć mogli z ulgą, widząc Renault oznaczone numerem trzy przekraczające linię mety. Australijczyk doczekał się widoku flagi w szachownicę i dojechał na siódmej pozycji, zdobywając swoje pierwsze punkty dla nowego zespołu.

Skoro o Renault mowa, to trzeba wspomnieć również o drugiej stronie boksu. Tutaj widzimy jednego z pechowców GP Chin – Nico Hülkenberg musiał już w pierwszej połowie wyścigu wycofać się z rywalizacji. Był więc jednym z tych nieszczęśników, którzy do mety nie dojechali. Poza nim mamy wspomnianego wcześniej Kvyata oraz Lando Norrisa, który po uszkodzeniu z pierwszego okrążenia nie miał większych szans na nawiązanie walki z innymi kierowcami (no, nie licząc Williamsa).

Oczekiwania względem tego wyjątkowego, bo tysięcznego, Grand Prix były zdecydowanie większe, ale taka jest Formuła 1 – nie zawsze wyścigi są emocjonujące od startu do mety i czasem musi przydarzyć się jeden, który można określić mianem „nudnego”. Nie zapominajmy, że już za dwa tygodnie czeka nas wyścig w Azerbejdżanie, który lubi zaskakiwać…

Facebooktwitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook