Rozgrywki Suzuki Pucharu Polski 2020 na Arenie Ursynów rozpoczęły się tak samo jak w poprzednich latach – od odpadnięcia gospodarza. W tym roku pogromcą Legii była drużyna z Radomia. Zdecydowanie lepszym widowiskiem był drugi ćwierćfinał, w którym aktualny mistrz Polski – Anwil Włocławek – minimalnie pokonał, będący w fenomenalnej formie, Start Lublin.

Wnioski po meczu otwarcia

Wydawać by się mogło, że pierwszy mecz rozgrywek o puchar będzie niesamowitym widowiskiem. W końcu na boisku pojawiają się najlepsze Polskie zespoły, które walczą o prestiżową nagrodę. Niestety, nic bardziej mylnego. Legia pokazała, że nie można jej zaliczać do grona “najlepszych”. To spotkanie było prawdziwą antyreklamą koszykówki, równie emocjonującą co “Nad Niemnem”. Można jednak z tego meczu wyciągnąć kilka ważnych wniosków:

“Przewaga własnego parkietu” nie daje Legii żadnej przewagi
Warto w tym momencie przypomnieć, że zespół z Warszawy nie tylko dostał “dziką kartę” jako gospodarz, ale również został rozstawiony w losowaniu (mimo bardzo słabych wyników w lidze). To, że byli gospodarzami nie dało im jednak żadnej przewagi, a ich kompetencje do gry w Pucharze Polski bardzo szybko zweryfikowało boisko. Na trybunach (i tak niezapełnionych) tego dnia zdecydowanie więcej było kibiców z Radomia, Włocławka, czy z Lublina niż z Warszawy. To stawia pytanie, czy organizowanie takiej imprezy w stolicy rzeczywiście jest promocją koszykówki?

Legia chciała zaskoczyć rywala, a zaskoczyła siebie
Pierwsza piątka warszawskiej ekipy wyglądała bardzo nietypowo. Już od początku spotkania szansę dostał na przykład Patryk Nowerski. To jednak nie przyniosło gospodarzom korzyści. Radomianie w pierwszych minutach zbudowali sobie solidną przewagę, a trener Spasev szybko wycofał się ze swoich “eksperymentów” wprowadzając Dukesa i Pindera. Legioniści do końca spotkania nie potrafili przejąć inicjatywy i pożegnali się z turniejem rzucając zaledwie 58 punktów.

Polacy mogą być liderami
W obu zespołach z dobrej strony pokazali się polscy zawodnicy. Legia zaczęła mecz bez żadnego obcokrajowca w składzie. Chociaż stołeczny klub nie może zaliczyć tego spotkania do udanych to z bardzo dobrej strony pokazał się Jakub Nizioł, który był liderem zespołu (14 punktów). 13 punktów dołożył Michał Michalak, który tego dnia miał jednak słabą skuteczność. W ekipie HydroTrucka poza zagranicznymi zawodnikami (Trotterem, Camphorem i Lindbomem) należy również wyróżnić Marcina Piechowicza, a świetne wejście z ławki zaliczył Wątroba, który w kilkadziesiąt sekund zdobył 7 punktów.

Trójki największą bronią Radomian
To właśnie rzuty z dystansu pozwoliły gościom na zbudowanie imponującej przewagi. W całym spotkaniu zawodnicy HydroTrucka rzucali ze skutecznością ponad 48%, co jest fenomenalnym wynikiem. Warto również podkreślić, że zza łuku trafiło aż 8 graczy z Radomia. W półfinale zmierzą się oni z Anwilem Włocławek i jeśli chcą walczyć o awans to muszą utrzymać tę formę rzutową.

Lublin odpada już na starcie

Wszystkich kibiców, którzy zasnęli podczas pierwszego meczu, na pewno rozbudził drugi ćwierćfinał. Zespoły z Włocławka i Lublina spokojnie mogłyby spotkać się w finale, los jednak chciał, że trafiły na siebie w pierwszej fazie rozgrywek. Spotkanie rozpoczęło się po myśli Igora Milicicia, którego zawodnicy szybko zdobyli 8 punktów. Niestety już w drugiej minucie pojawiła się pierwsza krew. Grzegorz Grochowski z impetem wpadł na wyprowadzającego akcję Moora i zawodnicy zderzyli się głowami. Zdezorientowany Amerykanin zbiegł z parkietu, a na ławkę wrócił dopiero po kilku minutach, z zakrwawionym nosem. Jednak o wiele groźniejszy okazał się uraz polskiego rozgrywającego, który nie był w stanie opuścić parkietu o własnych siłach i został zniesiony na noszach.

Największym problemem Anwilu w pierwszej kwarcie okazały się faule popełnione przez centrów. To sprawiło, że trener Milicić szybko zrezygnował z Jonesa i Szewczyka, a na boisku pojawił się Krzysztof Sulima. Z ławki wszedł również Chase Simon, dla którego był to pierwszy mecz od dwóch miesięcy. W drugiej kwarcie jednak lepiej na obwodzie radzili sobie Lublinianie, co pozwoliło im szybko odrobić straty. Ważne trójki trafiali Dziemba, Jarecki oraz Laksa. Najlepszy rzut meczu oddał jednak Chris Dowe. Rozgrywający Anwilu trafił z okolic połowy równo z syreną kończącą pierwszą połowę, która zakończyła się wynikiem 39:42 dla Startu.

Po przerwie zespoły kontynuowały wymianę ciosów, a agresywniejsza gra pod kosz przyniosła Włocławianom wiele korzyści. Liderem mistrzów Polski był zdecydowanie Michał Sokołowski, który trafiał ze skutecznością ponad 50%. Na jego punkty odpowiadał po drugiej stronie parkietu Borowski, który bardzo szybko zdobył 6 punktów. W ostatniej kwarcie to jednak Anwil grał dokładniej. Rottweilery wyszyły na minimalną przewagę za sprawą Freimanisa, który rozegrał jeden z najlepszych meczów w sezonie, a Start nie wykorzystał swoich okazji w końcówce. Lublinianie źle wracali do obrony po niecelnych rzutach, a Włocławianie mądrze grali długi akcje w końcówce, co dało im awans do półfinału.

***

Legia Warszawa – HydroTruck Radom 58:85 (9:20, 19:28, 18:15, 12:22)

Legia Warszawa: Jakub Nizioł 14, Michał Michalak 13, Kahlil Dukes 13, Keanu Pinder 8, Adam Linowski 4, Patryk Nowerski 2, Sebastian Kowalczyk 2, Mariusz Konopatzki 2, Przemysław Kuźkow 0.
Trener: Tane Spasev

HydroTruck Radom: Rod Camphor 18, Carl Lindbom 15, Marcin Piechowicz 12, Wojciech Wątroba 9, Adrian Bogucki 8, Obie Trotter 8, Filip Zegzuła 7, Aleksander Lewandowski 4, Daniel Wall 3, Krystian Tyszka 1.
Trener: Robert Witka

Zawodnik meczu: Rod Camphor

***

Anwil Włocławek – Start Lublin 87:81 (25:18, 14:24, 23:22, 25:17)

Anwil Włocławek: Michał Sokołowski 19, Rolands Freimanis 19, Chris Dowe 13, Chase Simon 11, Ricky Ledo 8, Szymon Szewczyk 8, Shawn Jones 6, Krzysztof Sulima 2, McKenzie Moore 1, Igor Wadowski 0.
Trener: Igor Milicić

Start Lublin: Mateusz Dziemba 19, Brynton Lemar 18, Martins Laksa 13, Kacper Borowski 12, Bartłomiej Pelczar 6, Damian Jeszke 5, Jimmie Taylor 3, Jacek Jarecki 3, Roman Szymański 2, Grzegorz Grochowski 0.
Trener: David Dedek

Zawodnik meczu: Rolands Freimanis

Fot. Andrzej Romański