Mathieu Wojciechowski odpowiada na pytania dotyczące relacji na linii dziennikarz – sportowiec. Koszykarz Śląska Wrocław przekonuje, że może zaistnieć przyjaźń pomiędzy przedstawicielami tych dwóch zawodów, zdradza, jakie pytania lubi, a jakie uważa za drażliwe oraz opowiada o tym, jak trudna jest kontrola nad emocjami podczas wywiadów udzielanych po przegranym meczu.

 Studenci*: Przyjaźnisz się z jakimś dziennikarzem?

Mathieu Wojciechowski: Tak. Pracuje we Francji w gazecie “L’Equipe”. Jest najlepszym kumplem mojego agenta. Relacja z nim jest luźna, a przez to dość zabawna. Przychodzę do niego do domu w spodenkach, daję mu buziaka na przywitanie, jemy obiad, gramy w koszykówkę u niego na podwórku i ewentualnie dopiero po tym wszystkim siadamy do rozmowy. Różni się ona od standardowego wywiadu, ponieważ dyskutujemy także o kwestiach, które nie mogą zostać upublicznione. Kiedy chcę powiedzieć mu coś, co jest swego rodzaju tajemnicą, mówię “off”, on wyłącza dyktafon i rozmawiamy jak przyjaciele. Wtedy mogę zdradzić wszystko, bo jestem spokojny o to, że na drugi dzień nie ukaże się to w prasie. Nigdy nie napisał niczego, co zostało powiedziane po “offie”, nigdy mnie nie zdradził. Publikował tylko te treści, na które wyraziłem zgodę.

Ikona polskiego dziennikarstwa sportowego, świętej pamięci Paweł Zarzeczny, stwierdził kiedyś, że sportowiec nie powinien wchodzić w bliskie relacje z żadnym dziennikarzem, bo nigdy nie ma pewności, czy pomimo umowy, jego wypowiedź na drugi dzień nie wyląduje na pierwszej stronie gazety. Do swojego przyjaciela masz jednak bezgraniczne zaufanie?

Raczej tak. Mogę na nim polegać, ponieważ jak już wspomniałem, koleguje się także z moim agentem. Zresztą, ta relacja powinna działać w dwie strony. Jeśli wy, w domyśle dziennikarze, będziecie w porządku wobec nas, sportowców, to i my będziemy w porządku wobec was. Łatwiej będzie nam się otworzyć, mówić wprost, szczerze, jeśli będziemy mieli pewność, że nasze słowa nie zostaną przeinaczone czy wyrwane z kontekstu. Może to być naprawdę przyjemna współpraca, pod warunkiem, że dziennikarze nie będą chcieli tylko i wyłącznie wykorzystać rozmówców, by za wszelką cenę wydobyć sensację.

Czytasz wywiady, które zostały z Tobą przeprowadzone?

Kiedyś to robiłem. Teraz z reguły raczej nie, bo na dobrą sprawę to i tak nic nie zmieni. To, co zostało powiedziane lub napisane, już się nie odstanie, nie da się tego cofnąć.

Czyli nie autoryzujesz swoich wypowiedzi?

Nigdy.

A jak to wygląda w Śląsku Wrocław?

Rzecznik prasowy**: Jeżeli wywiad ukazuje się w formie tekstowej, to jest poddawany autoryzacji, musi najpierw przejść przez biuro prasowe. Natomiast jeśli jest przeprowadzany na żywo w telewizji lub radiu, to nic nie możemy z tym zrobić. Jednak generalnie funkcjonuje zasada, by pilnować treści wychodzących z klubu.

Jesteś skłonny otwierać się przed dziennikarzami i rozmawiać o wszystkim?

Wiadomo, że istnieje pewna granica, jednak nie mam problemów, by przechodzić na tematy inne niż te dotyczące mojej kariery czy koszykówki ogólnie. Udzielanie wywiadów wiąże się z umiejętnością kontrolowania się, pilnowania języka, tak, by nie powiedzieć za dużo.

Na przykład o sytuacjach, które mają miejsce w szatni?

Dokładnie. To, co dzieje się za kulisami, ma tam pozostać. Przeżyłem raz sytuację, w której mieliśmy w drużynie, brzydko mówiąc, kreta. Na papierze byliśmy jedną z najlepszych ekip we Francji, a notorycznie przegrywaliśmy mecze. Po jednym z nich doszło w szatni do pewnego incydentu i jeden z zawodników ujawnił to prasie. Na drugi dzień było o tym bardzo głośno, ludzie podłapali temat i sprawa rozrosła się do sporych rozmiarów. Nie wiedzieliśmy, kto to zrobił. Wszyscy patrzyli na siebie podejrzliwym wzrokiem, byli nieufni i to był bardzo dziwny stan rzeczy, zabił ducha zespołu. Domyślałem się, kto mógł być owym donosicielem, tymczasem prawie wszystkie podejrzenia spadły na mnie. Byłem najmłodszy, a do tego pech chciał, że akurat w dzień tamtej afery spotkałem w centrum miasta dziennikarza, który napisał o niej artykuł. To było niezwykłe zrządzenie losu: byłem w Subway’u, po zjedzeniu kanapki wyszedłem z restauracji i trafiłem na niego na chodniku. Przywitałem się  z nim i to wszystko. Była to bardzo nieciekawa sytuacja. Całe szczęście, koniec końców koledzy z zespołu mi uwierzyli, zrozumieli, że to nie byłem ja i dali mi spokój.

To był jeden z najtrudniejszych okresów w Twojej karierze?

Nie. To nie byłem ja, nie czułem się winny, więc miałem wewnętrzny spokój. Od zawsze było dla mnie jasne, że nie można mówić o wszystkim. Owszem, świat się nie zawali, jeśli czasem przyzna się, że coś jest nie tak jak powinno, że nie idzie po myśli, jednak należy robić to z głową. Co równie ważne, trzeba mieć na względzie szacunek do kolegów i troskę o dobro zespołu, bo gramy razem, w tej samej koszulce, mamy te same cele. Nie wolno sprzedawać zbyt wiele informacji.

Czy otrzymałeś kiedyś od klubu karę za niewłaściwą wypowiedź?

Byłem bardzo młody, miałem chyba 16 lat, udzielałem jednego z pierwszych wywiadów w życiu, podczas którego zapytano mnie o moją poprzednią drużynę. Chwaliłem zawodników i personel, gorąco dziękowałem za daną mi szansę i okazane wsparcie. Byłem święcie przekonany, że postępuję właściwie. Jakie było moje zdziwienie, gdy na treningu coach zabrał mnie na rozmowę na osobności. To nigdy nie oznaczało niczego dobrego i tak też było tamtym razem. Zrugał mnie od góry do dołu za moje słowa, krzycząc, że nie mogę wychwalać pod niebiosa poprzedniego klubu, bo reprezentuję już barwy innego. Tak więc kary finansowej nie otrzymałem nigdy, dostałem za to niezłą burę i była to dla mnie nauczka na przyszłość.

Porównując zawodników, których spotkałeś w Polsce i we Francji, zauważyłeś jakieś różnice w ich podejściu do dziennikarzy?

Raczej nie. To kwestia indywidualna, zależna od charakteru, nastawienia, a nie od kraju, w którym się gra. W każdej lidze znajdą się zarówno osoby, które nie lubią rozmawiać  z mediami jak i takie, które nie mają z tym problemu i chętnie udzielają wywiadów. Istnieją różne profile i uważam, że należy dostosowywać sposób rozmowy oraz zadawane pytania do osobowości rozmówcy.

A zatem, jakie pytania irytują Cię najbardziej?

Według mnie wszystkie są dobre, nie ma złych. Co więcej, sądzę, że nie powinno denerwować się z tak błahego powodu. Choć przyznam, że podczas pierwszych tygodni po przyjeździe do Polski jednego tematu miałem serdecznie dość. Nieustannie powracał wątek mojego podwójnego obywatelstwa. Przez dobre 3 miesiące odnosiłem wrażenie, że wypowiadam się tylko o tym i miałem już niemalże wyuczoną regułkę. Poza tym, faktycznie jest jedno pytanie, które czasem działa mi na nerwy: dlaczego przegraliście? Ciężko zaprzeczyć temu, że jest ono zasadne, bo poszukuje przyczyn takiego, a nie innego przebiegu meczu. Lecz z drugiej strony jest bardzo ogólne, wymaga głębszej analizy, a świeżo po meczu nie jestem w stanie jej przeprowadzić. Nie można zatem oczekiwać na nie sensownej odpowiedzi od zawodnika, który nie ma czasu usiąść w spokoju i przemyśleć, co poszło nie tak. Po porażce jestem sfrustrowany, pięć minut po zakończeniu spotkania jedyne, na co mam ochotę, to dorwać kolegę z zespołu i spuścić mu łomot, pokłócić się z trenerem albo z całej siły cisnąć butelką o podłogę. To są naturalne reakcje, niestety. I właśnie w takich sytuacjach dziennikarz powinien wykazać się wyczuciem i profesjonalizmem, bo jest duże prawdopodobieństwo, że będąc po wpływem bardzo silnych emocji, powiem jakąś głupotę. Wypowiadam się w afekcie i w rzeczywistości wcale tak nie uważam. Mam przy tym świadomość, że on, tak jak i ja, ma swoją pracę do wykonania i wychwycenie czegoś kontrowersyjnego, czegoś, co może przykuć uwagę odbiorcy, to jego zadanie. W takiej sytuacji ja nie dopełniłbym części swoich obowiązków, ponieważ nie utrzymałbym nerwów na wodzy.

Obawiasz się, że nadejdzie taki moment?

Żeby mnie naprawdę zdenerwować, trzeba się niezwykle postarać. Myślę, że musiałoby to być coś niezwykle bezczelne, dotyczące aspektów prywatnych, życia osobistego, trudnych doświadczeń czy traumatycznych wydarzeń z przeszłości. Mam nadzieję, że nigdy do czegoś takiego nie dojdzie, ponieważ trzeba dbać o swój wizerunek i mam na myśli nie tylko wystąpienia medialne. Jedna sekunda nieodpowiedzialnego zachowania lub jedno nieprzemyślane słowo mogą być opłakane w skutkach.

A jak przeważnie wychodzi Ci kontrola nad sobą po porażce?

Nie jest łatwo. Dlatego istotne, by nie brać nas na rozmowę zbyt szybko. Z każdą kolejną minutą emocje opadają i wraca rozsądek. Analiza 30 minut a 5 minut po ostatniej syrenie to całkowicie co innego, inaczej myśli się po upływie czasu niż na gorąco. Wiadomo, że dziennikarze chcą wyciągnąć jak najwięcej informacji, toteż musimy uważać, by nie mówić wszystkiego, co nam ślina na język przyniesie. Jak już wcześniej powiedziałem, nie możemy wszystkiego sprzedawać mediom.

Po przegranym meczu lub takim, w którym byłeś winowajcą porażki uciekasz przed mikrofonami i kamerami prosto do szatni?

Nie, ja nie mam takiego problemu. Jestem odpowiedzialny nie tylko za to, co prezentuję na boisku, lecz również za to, co mówię. Za wyjątkiem wypowiedzi sprzed lat, o której opowiadałem, udawało mi się unikać zbędnych słów. Raz zdarzyło się, że zostały one dość mocno przekręcone, ale była to mało istotna kwestia, sprawa rozeszła się po kościach i obyło się bez żadnych poważniejszych konsekwencji.

Po meczu masz prawo odmówić wywiadu czy grozi za to kara?

Teoretycznie można powiedzieć tylko “dzień dobry” i pójść do szatni. Natomiast ja tak nie robię, nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek zdarzyła mi się taka sytuacja. To jeden z naszych obowiązków, tak samo jak przyniesienie butów na trening czy zdrowe odżywianie.

Rzecznik prasowy: Według przepisów ligowych, zawodnik nie może odmówić. Niemniej jednak, kiedy dziennikarze odbierają akredytacje meczowe, mają do podpisania regulamin, w którym znajduje się zapis mówiący o tym, że nie mają prawa zmusić gracza do wywiadu.

Wiadomo już, jakim pytaniem można Cię zdenerwować. A jakie pytania lubisz?

Oryginalne, czyli takie, które wywołują u mnie zaskoczenie. Są niespodziewane, nietypowe, muszę dłużej głowić się nad odpowiedzią na nie. Podobają mi się też różnego rodzaju zabawy, jak na przykład tak zwane szybkie strzały. Chodzi w nich o instynktowną, momentalną odpowiedź bez zastanowienia: “to” czy “to”, “Ferrari czy Lamborghini?”. Jest nieskończoność ciekawych pomysłów, a nie dostałem nigdy pytania “co u Ciebie?”. Nikogo nigdy nie interesuje moje samopoczucie!

*Rozmowę przeprowadzili studenci II roku dziennikarstwa sportowego na Uniwersytecie Wrocławskim

**W rozmowie uczestniczył również rzecznik prasowy WKS Śląsk Wrocław Adrian Łysek

Zredagował: Łukasz Mikulski

Mathieu Wojciechowski odpowiada na pytania dotyczące relacji na linii dziennikarz – sportowiec. Koszykarz Śląska Wrocław przekonuje, że może zaistnieć przyjaźń pomiędzy przedstawicielami tych dwóch zawodów, zdradza, jakie pytania lubi, a jakie uważa za drażliwe oraz opowiada o tym, jak trudna jest kontrola nad emocjami podczas wywiadów udzielanych po przegranym meczu.

 Studenci*: Przyjaźnisz się z jakimś dziennikarzem?

Mathieu Wojciechowski: Tak. Pracuje we Francji w gazecie “L’Equipe”. Jest najlepszym kumplem mojego agenta. Relacja z nim jest luźna, a przez to dość zabawna. Przychodzę do niego do domu w spodenkach, daję mu buziaka na przywitanie, jemy obiad, gramy w koszykówkę u niego na podwórku i ewentualnie dopiero po tym wszystkim siadamy do rozmowy. Różni się ona od standardowego wywiadu, ponieważ dyskutujemy także o kwestiach, które nie mogą zostać upublicznione. Kiedy chcę powiedzieć mu coś, co jest swego rodzaju tajemnicą, mówię “off”, on wyłącza dyktafon i rozmawiamy jak przyjaciele. Wtedy mogę zdradzić wszystko, bo jestem spokojny o to, że na drugi dzień nie ukaże się to w prasie. Nigdy nie napisał niczego, co zostało powiedziane po “offie”, nigdy mnie nie zdradził. Publikował tylko te treści, na które wyraziłem zgodę.

Ikona polskiego dziennikarstwa sportowego, świętej pamięci Paweł Zarzeczny, stwierdził kiedyś, że sportowiec nie powinien wchodzić w bliskie relacje z żadnym dziennikarzem, bo nigdy nie ma pewności, czy pomimo umowy, jego wypowiedź na drugi dzień nie wyląduje na pierwszej stronie gazety. Do swojego przyjaciela masz jednak bezgraniczne zaufanie?

Raczej tak. Mogę na nim polegać, ponieważ jak już wspomniałem, koleguje się także z moim agentem. Zresztą, ta relacja powinna działać w dwie strony. Jeśli wy, w domyśle dziennikarze, będziecie w porządku wobec nas, sportowców, to i my będziemy w porządku wobec was. Łatwiej będzie nam się otworzyć, mówić wprost, szczerze, jeśli będziemy mieli pewność, że nasze słowa nie zostaną przeinaczone czy wyrwane z kontekstu. Może to być naprawdę przyjemna współpraca, pod warunkiem, że dziennikarze nie będą chcieli tylko i wyłącznie wykorzystać rozmówców, by za wszelką cenę wydobyć sensację.

Czytasz wywiady, które zostały z Tobą przeprowadzone?

Kiedyś to robiłem. Teraz z reguły raczej nie, bo na dobrą sprawę to i tak nic nie zmieni. To, co zostało powiedziane lub napisane, już się nie odstanie, nie da się tego cofnąć.

Czyli nie autoryzujesz swoich wypowiedzi?

Nigdy.

A jak to wygląda w Śląsku Wrocław?

Rzecznik prasowy**: Jeżeli wywiad ukazuje się w formie tekstowej, to jest poddawany autoryzacji, musi najpierw przejść przez biuro prasowe. Natomiast jeśli jest przeprowadzany na żywo w telewizji lub radiu, to nic nie możemy z tym zrobić. Jednak generalnie funkcjonuje zasada, by pilnować treści wychodzących z klubu.

Jesteś skłonny otwierać się przed dziennikarzami i rozmawiać o wszystkim?

Wiadomo, że istnieje pewna granica, jednak nie mam problemów, by przechodzić na tematy inne niż te dotyczące mojej kariery czy koszykówki ogólnie. Udzielanie wywiadów wiąże się z umiejętnością kontrolowania się, pilnowania języka, tak, by nie powiedzieć za dużo.

Na przykład o sytuacjach, które mają miejsce w szatni?

Dokładnie. To, co dzieje się za kulisami, ma tam pozostać. Przeżyłem raz sytuację, w której mieliśmy w drużynie, brzydko mówiąc, kreta. Na papierze byliśmy jedną z najlepszych ekip we Francji, a notorycznie przegrywaliśmy mecze. Po jednym z nich doszło w szatni do pewnego incydentu i jeden z zawodników ujawnił to prasie. Na drugi dzień było o tym bardzo głośno, ludzie podłapali temat i sprawa rozrosła się do sporych rozmiarów. Nie wiedzieliśmy, kto to zrobił. Wszyscy patrzyli na siebie podejrzliwym wzrokiem, byli nieufni i to był bardzo dziwny stan rzeczy, zabił ducha zespołu. Domyślałem się, kto mógł być owym donosicielem, tymczasem prawie wszystkie podejrzenia spadły na mnie. Byłem najmłodszy, a do tego pech chciał, że akurat w dzień tamtej afery spotkałem w centrum miasta dziennikarza, który napisał o niej artykuł. To było niezwykłe zrządzenie losu: byłem w Subway’u, po zjedzeniu kanapki wyszedłem z restauracji i trafiłem na niego na chodniku. Przywitałem się  z nim i to wszystko. Była to bardzo nieciekawa sytuacja. Całe szczęście, koniec końców koledzy z zespołu mi uwierzyli, zrozumieli, że to nie byłem ja i dali mi spokój.

To był jeden z najtrudniejszych okresów w Twojej karierze?

Nie. To nie byłem ja, nie czułem się winny, więc miałem wewnętrzny spokój. Od zawsze było dla mnie jasne, że nie można mówić o wszystkim. Owszem, świat się nie zawali, jeśli czasem przyzna się, że coś jest nie tak jak powinno, że nie idzie po myśli, jednak należy robić to z głową. Co równie ważne, trzeba mieć na względzie szacunek do kolegów i troskę o dobro zespołu, bo gramy razem, w tej samej koszulce, mamy te same cele. Nie wolno sprzedawać zbyt wiele informacji.

Czy otrzymałeś kiedyś od klubu karę za niewłaściwą wypowiedź?

Byłem bardzo młody, miałem chyba 16 lat, udzielałem jednego z pierwszych wywiadów w życiu, podczas którego zapytano mnie o moją poprzednią drużynę. Chwaliłem zawodników i personel, gorąco dziękowałem za daną mi szansę i okazane wsparcie. Byłem święcie przekonany, że postępuję właściwie. Jakie było moje zdziwienie, gdy na treningu coach zabrał mnie na rozmowę na osobności. To nigdy nie oznaczało niczego dobrego i tak też było tamtym razem. Zrugał mnie od góry do dołu za moje słowa, krzycząc, że nie mogę wychwalać pod niebiosa poprzedniego klubu, bo reprezentuję już barwy innego. Tak więc kary finansowej nie otrzymałem nigdy, dostałem za to niezłą burę i była to dla mnie nauczka na przyszłość.

Porównując zawodników, których spotkałeś w Polsce i we Francji, zauważyłeś jakieś różnice w ich podejściu do dziennikarzy?

Raczej nie. To kwestia indywidualna, zależna od charakteru, nastawienia, a nie od kraju, w którym się gra. W każdej lidze znajdą się zarówno osoby, które nie lubią rozmawiać  z mediami jak i takie, które nie mają z tym problemu i chętnie udzielają wywiadów. Istnieją różne profile i uważam, że należy dostosowywać sposób rozmowy oraz zadawane pytania do osobowości rozmówcy.

A zatem, jakie pytania irytują Cię najbardziej?

Według mnie wszystkie są dobre, nie ma złych. Co więcej, sądzę, że nie powinno denerwować się z tak błahego powodu. Choć przyznam, że podczas pierwszych tygodni po przyjeździe do Polski jednego tematu miałem serdecznie dość. Nieustannie powracał wątek mojego podwójnego obywatelstwa. Przez dobre 3 miesiące odnosiłem wrażenie, że wypowiadam się tylko o tym i miałem już niemalże wyuczoną regułkę. Poza tym, faktycznie jest jedno pytanie, które czasem działa mi na nerwy: dlaczego przegraliście? Ciężko zaprzeczyć temu, że jest ono zasadne, bo poszukuje przyczyn takiego, a nie innego przebiegu meczu. Lecz z drugiej strony jest bardzo ogólne, wymaga głębszej analizy, a świeżo po meczu nie jestem w stanie jej przeprowadzić. Nie można zatem oczekiwać na nie sensownej odpowiedzi od zawodnika, który nie ma czasu usiąść w spokoju i przemyśleć, co poszło nie tak. Po porażce jestem sfrustrowany, pięć minut po zakończeniu spotkania jedyne, na co mam ochotę, to dorwać kolegę z zespołu i spuścić mu łomot, pokłócić się z trenerem albo z całej siły cisnąć butelką o podłogę. To są naturalne reakcje, niestety. I właśnie w takich sytuacjach dziennikarz powinien wykazać się wyczuciem i profesjonalizmem, bo jest duże prawdopodobieństwo, że będąc po wpływem bardzo silnych emocji, powiem jakąś głupotę. Wypowiadam się w afekcie i w rzeczywistości wcale tak nie uważam. Mam przy tym świadomość, że on, tak jak i ja, ma swoją pracę do wykonania i wychwycenie czegoś kontrowersyjnego, czegoś, co może przykuć uwagę odbiorcy, to jego zadanie. W takiej sytuacji ja nie dopełniłbym części swoich obowiązków, ponieważ nie utrzymałbym nerwów na wodzy.

Obawiasz się, że nadejdzie taki moment?

Żeby mnie naprawdę zdenerwować, trzeba się niezwykle postarać. Myślę, że musiałoby to być coś niezwykle bezczelne, dotyczące aspektów prywatnych, życia osobistego, trudnych doświadczeń czy traumatycznych wydarzeń z przeszłości. Mam nadzieję, że nigdy do czegoś takiego nie dojdzie, ponieważ trzeba dbać o swój wizerunek i mam na myśli nie tylko wystąpienia medialne. Jedna sekunda nieodpowiedzialnego zachowania lub jedno nieprzemyślane słowo mogą być opłakane w skutkach.

A jak przeważnie wychodzi Ci kontrola nad sobą po porażce?

Nie jest łatwo. Dlatego istotne, by nie brać nas na rozmowę zbyt szybko. Z każdą kolejną minutą emocje opadają i wraca rozsądek. Analiza 30 minut a 5 minut po ostatniej syrenie to całkowicie co innego, inaczej myśli się po upływie czasu niż na gorąco. Wiadomo, że dziennikarze chcą wyciągnąć jak najwięcej informacji, toteż musimy uważać, by nie mówić wszystkiego, co nam ślina na język przyniesie. Jak już wcześniej powiedziałem, nie możemy wszystkiego sprzedawać mediom.

Po przegranym meczu lub takim, w którym byłeś winowajcą porażki uciekasz przed mikrofonami i kamerami prosto do szatni?

Nie, ja nie mam takiego problemu. Jestem odpowiedzialny nie tylko za to, co prezentuję na boisku, lecz również za to, co mówię. Za wyjątkiem wypowiedzi sprzed lat, o której opowiadałem, udawało mi się unikać zbędnych słów. Raz zdarzyło się, że zostały one dość mocno przekręcone, ale była to mało istotna kwestia, sprawa rozeszła się po kościach i obyło się bez żadnych poważniejszych konsekwencji.

Po meczu masz prawo odmówić wywiadu czy grozi za to kara?

Teoretycznie można powiedzieć tylko “dzień dobry” i pójść do szatni. Natomiast ja tak nie robię, nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek zdarzyła mi się taka sytuacja. To jeden z naszych obowiązków, tak samo jak przyniesienie butów na trening czy zdrowe odżywianie.

Rzecznik prasowy: Według przepisów ligowych, zawodnik nie może odmówić. Niemniej jednak, kiedy dziennikarze odbierają akredytacje meczowe, mają do podpisania regulamin, w którym znajduje się zapis mówiący o tym, że nie mają prawa zmusić gracza do wywiadu.

Wiadomo już, jakim pytaniem można Cię zdenerwować. A jakie pytania lubisz?

Oryginalne, czyli takie, które wywołują u mnie zaskoczenie. Są niespodziewane, nietypowe, muszę dłużej głowić się nad odpowiedzią na nie. Podobają mi się też różnego rodzaju zabawy, jak na przykład tak zwane szybkie strzały. Chodzi w nich o instynktowną, momentalną odpowiedź bez zastanowienia: “to” czy “to”, “Ferrari czy Lamborghini?”. Jest nieskończoność ciekawych pomysłów, a nie dostałem nigdy pytania “co u Ciebie?”. Nikogo nigdy nie interesuje moje samopoczucie!

*Rozmowę przeprowadzili studenci II roku dziennikarstwa sportowego na Uniwersytecie Wrocławskim

**W rozmowie uczestniczył również rzecznik prasowy WKS Śląsk Wrocław Adrian Łysek

Zredagował: Łukasz Mikulski

To może być naprawdę przyjemna współpraca

Mathieu Wojciechowski odpowiada na pytania dotyczące relacji na linii dziennikarz – sportowiec. Koszykarz Śląska Wrocław przekonuje, że może zaistnieć przyjaźń pomiędzy przedstawicielami tych dwóch zawodów, zdradza, jakie pytania lubi, a jakie uważa za drażliwe oraz opowiada o tym, jak trudna jest kontrola nad emocjami podczas wywiadów udzielanych po przegranym meczu.

 Studenci*: Przyjaźnisz się z jakimś dziennikarzem?

Mathieu Wojciechowski: Tak. Pracuje we Francji w gazecie “L’Equipe”. Jest najlepszym kumplem mojego agenta. Relacja z nim jest luźna, a przez to dość zabawna. Przychodzę do niego do domu w spodenkach, daję mu buziaka na przywitanie, jemy obiad, gramy w koszykówkę u niego na podwórku i ewentualnie dopiero po tym wszystkim siadamy do rozmowy. Różni się ona od standardowego wywiadu, ponieważ dyskutujemy także o kwestiach, które nie mogą zostać upublicznione. Kiedy chcę powiedzieć mu coś, co jest swego rodzaju tajemnicą, mówię “off”, on wyłącza dyktafon i rozmawiamy jak przyjaciele. Wtedy mogę zdradzić wszystko, bo jestem spokojny o to, że na drugi dzień nie ukaże się to w prasie. Nigdy nie napisał niczego, co zostało powiedziane po “offie”, nigdy mnie nie zdradził. Publikował tylko te treści, na które wyraziłem zgodę.

Ikona polskiego dziennikarstwa sportowego, świętej pamięci Paweł Zarzeczny, stwierdził kiedyś, że sportowiec nie powinien wchodzić w bliskie relacje z żadnym dziennikarzem, bo nigdy nie ma pewności, czy pomimo umowy, jego wypowiedź na drugi dzień nie wyląduje na pierwszej stronie gazety. Do swojego przyjaciela masz jednak bezgraniczne zaufanie?

Raczej tak. Mogę na nim polegać, ponieważ jak już wspomniałem, koleguje się także z moim agentem. Zresztą, ta relacja powinna działać w dwie strony. Jeśli wy, w domyśle dziennikarze, będziecie w porządku wobec nas, sportowców, to i my będziemy w porządku wobec was. Łatwiej będzie nam się otworzyć, mówić wprost, szczerze, jeśli będziemy mieli pewność, że nasze słowa nie zostaną przeinaczone czy wyrwane z kontekstu. Może to być naprawdę przyjemna współpraca, pod warunkiem, że dziennikarze nie będą chcieli tylko i wyłącznie wykorzystać rozmówców, by za wszelką cenę wydobyć sensację.

Czytasz wywiady, które zostały z Tobą przeprowadzone?

Kiedyś to robiłem. Teraz z reguły raczej nie, bo na dobrą sprawę to i tak nic nie zmieni. To, co zostało powiedziane lub napisane, już się nie odstanie, nie da się tego cofnąć.

Czyli nie autoryzujesz swoich wypowiedzi?

Nigdy.

A jak to wygląda w Śląsku Wrocław?

Rzecznik prasowy**: Jeżeli wywiad ukazuje się w formie tekstowej, to jest poddawany autoryzacji, musi najpierw przejść przez biuro prasowe. Natomiast jeśli jest przeprowadzany na żywo w telewizji lub radiu, to nic nie możemy z tym zrobić. Jednak generalnie funkcjonuje zasada, by pilnować treści wychodzących z klubu.

Jesteś skłonny otwierać się przed dziennikarzami i rozmawiać o wszystkim?

Wiadomo, że istnieje pewna granica, jednak nie mam problemów, by przechodzić na tematy inne niż te dotyczące mojej kariery czy koszykówki ogólnie. Udzielanie wywiadów wiąże się z umiejętnością kontrolowania się, pilnowania języka, tak, by nie powiedzieć za dużo.

Na przykład o sytuacjach, które mają miejsce w szatni?

Dokładnie. To, co dzieje się za kulisami, ma tam pozostać. Przeżyłem raz sytuację, w której mieliśmy w drużynie, brzydko mówiąc, kreta. Na papierze byliśmy jedną z najlepszych ekip we Francji, a notorycznie przegrywaliśmy mecze. Po jednym z nich doszło w szatni do pewnego incydentu i jeden z zawodników ujawnił to prasie. Na drugi dzień było o tym bardzo głośno, ludzie podłapali temat i sprawa rozrosła się do sporych rozmiarów. Nie wiedzieliśmy, kto to zrobił. Wszyscy patrzyli na siebie podejrzliwym wzrokiem, byli nieufni i to był bardzo dziwny stan rzeczy, zabił ducha zespołu. Domyślałem się, kto mógł być owym donosicielem, tymczasem prawie wszystkie podejrzenia spadły na mnie. Byłem najmłodszy, a do tego pech chciał, że akurat w dzień tamtej afery spotkałem w centrum miasta dziennikarza, który napisał o niej artykuł. To było niezwykłe zrządzenie losu: byłem w Subway’u, po zjedzeniu kanapki wyszedłem z restauracji i trafiłem na niego na chodniku. Przywitałem się  z nim i to wszystko. Była to bardzo nieciekawa sytuacja. Całe szczęście, koniec końców koledzy z zespołu mi uwierzyli, zrozumieli, że to nie byłem ja i dali mi spokój.

To był jeden z najtrudniejszych okresów w Twojej karierze?

Nie. To nie byłem ja, nie czułem się winny, więc miałem wewnętrzny spokój. Od zawsze było dla mnie jasne, że nie można mówić o wszystkim. Owszem, świat się nie zawali, jeśli czasem przyzna się, że coś jest nie tak jak powinno, że nie idzie po myśli, jednak należy robić to z głową. Co równie ważne, trzeba mieć na względzie szacunek do kolegów i troskę o dobro zespołu, bo gramy razem, w tej samej koszulce, mamy te same cele. Nie wolno sprzedawać zbyt wiele informacji.

Czy otrzymałeś kiedyś od klubu karę za niewłaściwą wypowiedź?

Byłem bardzo młody, miałem chyba 16 lat, udzielałem jednego z pierwszych wywiadów w życiu, podczas którego zapytano mnie o moją poprzednią drużynę. Chwaliłem zawodników i personel, gorąco dziękowałem za daną mi szansę i okazane wsparcie. Byłem święcie przekonany, że postępuję właściwie. Jakie było moje zdziwienie, gdy na treningu coach zabrał mnie na rozmowę na osobności. To nigdy nie oznaczało niczego dobrego i tak też było tamtym razem. Zrugał mnie od góry do dołu za moje słowa, krzycząc, że nie mogę wychwalać pod niebiosa poprzedniego klubu, bo reprezentuję już barwy innego. Tak więc kary finansowej nie otrzymałem nigdy, dostałem za to niezłą burę i była to dla mnie nauczka na przyszłość.

Porównując zawodników, których spotkałeś w Polsce i we Francji, zauważyłeś jakieś różnice w ich podejściu do dziennikarzy?

Raczej nie. To kwestia indywidualna, zależna od charakteru, nastawienia, a nie od kraju, w którym się gra. W każdej lidze znajdą się zarówno osoby, które nie lubią rozmawiać  z mediami jak i takie, które nie mają z tym problemu i chętnie udzielają wywiadów. Istnieją różne profile i uważam, że należy dostosowywać sposób rozmowy oraz zadawane pytania do osobowości rozmówcy.

A zatem, jakie pytania irytują Cię najbardziej?

Według mnie wszystkie są dobre, nie ma złych. Co więcej, sądzę, że nie powinno denerwować się z tak błahego powodu. Choć przyznam, że podczas pierwszych tygodni po przyjeździe do Polski jednego tematu miałem serdecznie dość. Nieustannie powracał wątek mojego podwójnego obywatelstwa. Przez dobre 3 miesiące odnosiłem wrażenie, że wypowiadam się tylko o tym i miałem już niemalże wyuczoną regułkę. Poza tym, faktycznie jest jedno pytanie, które czasem działa mi na nerwy: dlaczego przegraliście? Ciężko zaprzeczyć temu, że jest ono zasadne, bo poszukuje przyczyn takiego, a nie innego przebiegu meczu. Lecz z drugiej strony jest bardzo ogólne, wymaga głębszej analizy, a świeżo po meczu nie jestem w stanie jej przeprowadzić. Nie można zatem oczekiwać na nie sensownej odpowiedzi od zawodnika, który nie ma czasu usiąść w spokoju i przemyśleć, co poszło nie tak. Po porażce jestem sfrustrowany, pięć minut po zakończeniu spotkania jedyne, na co mam ochotę, to dorwać kolegę z zespołu i spuścić mu łomot, pokłócić się z trenerem albo z całej siły cisnąć butelką o podłogę. To są naturalne reakcje, niestety. I właśnie w takich sytuacjach dziennikarz powinien wykazać się wyczuciem i profesjonalizmem, bo jest duże prawdopodobieństwo, że będąc po wpływem bardzo silnych emocji, powiem jakąś głupotę. Wypowiadam się w afekcie i w rzeczywistości wcale tak nie uważam. Mam przy tym świadomość, że on, tak jak i ja, ma swoją pracę do wykonania i wychwycenie czegoś kontrowersyjnego, czegoś, co może przykuć uwagę odbiorcy, to jego zadanie. W takiej sytuacji ja nie dopełniłbym części swoich obowiązków, ponieważ nie utrzymałbym nerwów na wodzy.

Obawiasz się, że nadejdzie taki moment?

Żeby mnie naprawdę zdenerwować, trzeba się niezwykle postarać. Myślę, że musiałoby to być coś niezwykle bezczelne, dotyczące aspektów prywatnych, życia osobistego, trudnych doświadczeń czy traumatycznych wydarzeń z przeszłości. Mam nadzieję, że nigdy do czegoś takiego nie dojdzie, ponieważ trzeba dbać o swój wizerunek i mam na myśli nie tylko wystąpienia medialne. Jedna sekunda nieodpowiedzialnego zachowania lub jedno nieprzemyślane słowo mogą być opłakane w skutkach.

A jak przeważnie wychodzi Ci kontrola nad sobą po porażce?

Nie jest łatwo. Dlatego istotne, by nie brać nas na rozmowę zbyt szybko. Z każdą kolejną minutą emocje opadają i wraca rozsądek. Analiza 30 minut a 5 minut po ostatniej syrenie to całkowicie co innego, inaczej myśli się po upływie czasu niż na gorąco. Wiadomo, że dziennikarze chcą wyciągnąć jak najwięcej informacji, toteż musimy uważać, by nie mówić wszystkiego, co nam ślina na język przyniesie. Jak już wcześniej powiedziałem, nie możemy wszystkiego sprzedawać mediom.

Po przegranym meczu lub takim, w którym byłeś winowajcą porażki uciekasz przed mikrofonami i kamerami prosto do szatni?

Nie, ja nie mam takiego problemu. Jestem odpowiedzialny nie tylko za to, co prezentuję na boisku, lecz również za to, co mówię. Za wyjątkiem wypowiedzi sprzed lat, o której opowiadałem, udawało mi się unikać zbędnych słów. Raz zdarzyło się, że zostały one dość mocno przekręcone, ale była to mało istotna kwestia, sprawa rozeszła się po kościach i obyło się bez żadnych poważniejszych konsekwencji.

Po meczu masz prawo odmówić wywiadu czy grozi za to kara?

Teoretycznie można powiedzieć tylko “dzień dobry” i pójść do szatni. Natomiast ja tak nie robię, nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek zdarzyła mi się taka sytuacja. To jeden z naszych obowiązków, tak samo jak przyniesienie butów na trening czy zdrowe odżywianie.

Rzecznik prasowy: Według przepisów ligowych, zawodnik nie może odmówić. Niemniej jednak, kiedy dziennikarze odbierają akredytacje meczowe, mają do podpisania regulamin, w którym znajduje się zapis mówiący o tym, że nie mają prawa zmusić gracza do wywiadu.

Wiadomo już, jakim pytaniem można Cię zdenerwować. A jakie pytania lubisz?

Oryginalne, czyli takie, które wywołują u mnie zaskoczenie. Są niespodziewane, nietypowe, muszę dłużej głowić się nad odpowiedzią na nie. Podobają mi się też różnego rodzaju zabawy, jak na przykład tak zwane szybkie strzały. Chodzi w nich o instynktowną, momentalną odpowiedź bez zastanowienia: “to” czy “to”, “Ferrari czy Lamborghini?”. Jest nieskończoność ciekawych pomysłów, a nie dostałem nigdy pytania “co u Ciebie?”. Nikogo nigdy nie interesuje moje samopoczucie!

*Rozmowę przeprowadzili studenci II roku dziennikarstwa sportowego na Uniwersytecie Wrocławskim

**W rozmowie uczestniczył również rzecznik prasowy WKS Śląsk Wrocław Adrian Łysek

Zredagował: Łukasz Mikulski

Facebook