Wobec czasowego zawieszenia wydarzeń sportowych na czas koronawirusa, postanowiłem “odkrywać zakryte” i przygotowywać copiątkowy cykl “Z pamiętnika sportoholika”, w którym postaram się opisać najważniejsze wydarzenia dla polskiego sportu danego roku. Mam nadzieję, że ten cykl sprawi, że przeżyjemy jeszcze raz najważniejsze chwile prezentowanego roku.

Dzisiaj przyszedł czas na rok 2018. Rok, w którym sukcesy przeplatały się z porażkami, jednak w mej ocenie więcej było zwycięstw niż klęsk. Zacznijmy, gdyż bohaterowie czekają.

Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongjang jako impreza rozbudzająca wielkie nadzieje

W lutym 2018 roku, odbyły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongjang w Korei Południowej. Jak wiadomo, w dyscyplinach zimowych nasi reprezentanci rzadko odnosili znaczące sukcesy, ale jednak jeśli były, to największego kalibru.

Taką dyscypliną były chociażby skoki narciarskie, w których Kamil Stoch cztery lata wcześniej został podwójnym Mistrzem Olimpijskim.

W biathlonie również mieliśmy niezłą sztafetę, przede wszystkim z Krystyną Guzik i Weroniką Nowakowską. Nie była to sztafeta na medal, ale na miejsce w dziesiątce.

Na dobrym poziomie – mimo braku odpowiednich warunków – mieliśmy łyżwiarstwo szybkie.

Pamiętamy rok 2014, gdy medale zdobywali Zbigniew Bródka oraz nasza drużyna pań w składzie Katarzyna Woźniak, Katarzyna Bachleda-Curuś i Luiza Złotkowska. Na kanwie tych sukcesów wyrosły przecież kolejne talenty takie jak: Karolina Bosiek, Karolina Gąsecka, Kaja Ziomek czy Marcin Bachanek.

Rozpocznijmy nasze rozważania od skoków narciarskich – dyscypliny, która stała na dobrym poziomie w Polsce, i stoi po dzień dzisiejszy.

Konkurs skoków narciarskich jako szansa na pierwsze medale

Już w pierwszym tygodniu zmagań do rywalizacji przystąpili skoczkowie. Polacy (wówczas podopieczni Stefana Horngachera) zaprezentowali się w składzie: Kamil Stoch, Stefan Hula, Piotr Żyła, Dawid Kubacki i Maciej Kot.

Warto zaznaczyć, że w sezonie olimpijskim apogeum swej formy miał Stefan Hula. To właśnie najstarszy członek naszej kadry narodowej po pierwszej serii tego loteryjnego konkursu był liderem.

Tego, jak loteryjny był to konkurs, niech dowiedzie fakt, że mieliśmy do czynienia z parokrotnym manewrowaniem długością rozbiegu, a wiatr, który zmieniał swój kierunek, sprawiał, że zawodnicy byli wycofywani i wciągani na belkę parę razy. Zziębnięte organizmy skoczków sprawiały, że poszczególne skoki były krótkie. Niestety nie ominęło to także naszych reprezentantów.

Ostatecznie Stefan Hula i Kamil Stoch ukończyli na 4. i 5. miejscu. Wygrał Andreas Wellinger przed Johannem Andre Forfangiem i Robertem Johanssonem.

Zrehabilitować się za porażkę

Pod koniec pierwszego tygodnia igrzysk odbyły się zawody na dużej skoczni. Były one rozgrywane w sprawiedliwych warunkach, co sprawiało, że konkurs przebiegał sprawnie, bez przeszkód.

Kamil Stoch obronił mistrzostwo olimpijskie na dużej skoczni.

Po pierwszy medal w drużynie

Ostatnimi zmaganiami skoczków narciarskich były drużynowe zawody olimpijskie. Nasza drużyna, która przed igrzyskami prezentowała się z bardzo dobrej strony, była jedną z wymienianych do medalu. Medal zdobyć się udało. Przez część konkursu była szansa na medal srebrny, jednak znakomity skok Andreasa Wellingera w ostatniej grupie sprawił, że to Niemcy cieszyli się ze srebrnych medali, natomiast nam trzeba było zadowolić się brązowymi “krążkami”.

Polacy skakali w składzie: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła i Stefan Hula, który był chyba największym wygranym drużyny Horngachera.

Wygrali bezkonkurencyjni tego dnia Norwegowie.

Zawód i skandal

Drugą dyscypliną, w której pokładaliśmy duże nadzieje, było łyżwiarstwo szybkie. Wiadomo było, że w roku olimpijskim nasi panczeniści prezentowali przeciętną formę podczas Pucharów Świata. Drużyna panów nie zakwalifikowała się do zespołowego turnieju olimpijskiego. Jedyną ekipą były panie.

Trener Witold Mazur w trakcie sezonu bardzo rotował składem. Nasze dziewczyny praktycznie nie miały jakiegoś zgrania, które pozwoliłoby obronić medal wywalczony cztery lata wcześniej w Rosji. Zawodniczki bardzo przeprosiły za kłótnie w drużynie, a przede wszystkim za swój katastrofalny występ. Wniosek płynął z tego prosty: brak atmosfery w drużynie równa się brak dobrych wyników.

Powrót mody na reprezentację w piłce nożnej. Pierwsze od dwunastu lat Mistrzostwa Świata

W czerwcu 2018 roku odbyły się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Rosji.

Polacy, po 12. latach nieobecności na Mundialu, wrócili na salony. Co więcej, po losowaniu, wskutek którego podopieczni Adama Nawałki trafili do grupy H z drużynami: Senegalu, Kolumbii i Japonii, eksperci podkreślali, że wyjście z grupy dla ćwierćfinalisty Mistrzostw Europy jest obowiązkiem.

Niespodziewana porażka

“Czas na zwycięstwo w meczu otwarcia” brzmiał nagłówek jednej z gazet.

“My jedziemy dzisiaj wykonać swoją robotę” – pewny swego oznajmiał Marcin Fedek, dziennikarz stacji Polsat Sport w programie “Misja Rosja”.

Nikt jednak, kto zna wartość reprezentacji Senegalu, nie dawał wysokiego zwycięstwa naszej drużynie, nawet wśród znajomych udało mi się słyszeć: “Jak będzie 2-1, to będzie dobrze”.

Po spotkaniu, które odbyło się wcześniej, gdy Japończycy pokonali Kolumbię, liczyliśmy na niespodziankę, mając świadomość tego, kto gra w Senegalu. Chociażby tacy gracze jak Konate, Balde, Mane czy Koulibaly.

Niestety. Nasza słaba gra w obronie i nieskuteczność sprawiły, że przegraliśmy 2-1, a jedyną bramkę w tym spotkaniu zdobył Grzegorz Krychowiak.

Mecz o “być albo nie być” w turnieju

Drugie spotkanie rozegraliśmy z reprezentacją Kolumbii, która tak jak my zanotowała porażkę w pierwszym spotkaniu. Wiedzieliśmy, z kim przychodzi się nam mierzyć. Z graczami z najwyższej światowej półki takimi jak: James Rodriguez, Cuadrado czy Yerry Mina.

Niefrasobliwa gra w obronie, nieskuteczność i brak porozumienia w zespole sprawiły, że przegraliśmy 0-3 i pozostało nam grać z Japonią o honor.

Dla jednych o honor, dla drugich o awans

Ostatnie spotkanie było szansą dla naszej drużyny na zachowanie honoru. Mecz określany jako “hipokryzja futbolu” wobec braku zaangażowania obu drużyn zakończył się zwycięstwem naszej reprezentacji 1-0, a debiutancką bramkę w biało-czerwonych barwach zdobył obrońca Southampton, Jan Bednarek.

Kwintesencją słabego występu naszych piłkarzy był moment, gdy Adam Nawałka kazał się położyć na murawie jednemu z naszych zawodników.

Japonia w konsekwencji wyszła z grupy wespół z reprezentantami Kolumbii.

Obronić tytuł Mistrzów Świata

We wrześniu 2018 roku rozegrane zostały Mistrzostwa Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn Bułgaria-Włochy 2018.

Tytułu zdobytego 4 lata wcześniej zamierzała bronić reprezentacja Polski. Reprezentacja “poobijana” psychicznie, zwłaszcza po Igrzyskach Olimpijskich Rio de Janeiro 2016, w których odpadła już w ćwierćfinale, przegrywając z siatkarzami ze Stanów Zjednoczonych. To wtedy Fabian Drzyzga, rozgrywający naszej kadry, po spotkaniu powiedział, że “potrzebujemy trenera, a nie kolegi”.

Podjęto decyzję o zwolnieniu z funkcji selekcjonera byłego francuskiego siatkarza Stephane’a Antigi, a jego następcą został ówczesny trener drużyny Zaksy Kędzierzyn-Koźle, Ferdinando De Giorgi, któremu nie wyszedł rok później turniej Mistrzostw Europy rozgrywany w Polsce. Nasi siatkarze przegrali baraż ze Słowenią o wejście do fazy pucharowej i włoski trener został zwolniony.

Przyszedł czas na wybór nowego selekcjonera – okazał się nim Vital Heynen, belgijski trener, który prowadził między innymi drużynę Transferu Bydgoszcz (obecnie Wisła Bydgoszcz).

Liga Narodów wypadła nieźle, przede wszystkim Polacy awansowali do turnieju finałowego, który rozgrywany był we Francji i do Mistrzostw Świata przystępowali z nadzieją na medal. Jakub Kochanowski, wówczas 21-letni utalentowany środkowy rzekł wtedy, że nasza drużyna myśli o każdym kolejnym meczu, a zwycięstwa podnoszą morale.

Tak rzeczywiście było. W pierwszej fazie grupowej mieliśmy takich rywali jak: Kuba, Finlandia, Iran czy Bułgaria. Zakończyliśmy ją z kompletem zwycięstw, co było najważniejsze, gdyż w turnieju najpierw liczyły się zwycięstwa, a potem punkty.

W drugiej fazie grupowej trafiliśmy na rywali z prawie dwukrotnie wyższej półki. Byli nimi: Argentyna, Francja i Serbia. Pierwsze spotkanie przeciwko reprezentacji Argentyny zapowiadało się bardzo emocjonująco, ale nikt nie sądził, że skończy się naszą porażką. Bengolea, Sole, Poglajen czy Uriarte to siatkarze światowego formatu, jednak Argentyńczycy pomimo tego w ostatnich latach nie odnotowali żadnego sukcesu jako drużyna. Przegraliśmy 2-3, po grze pełnej błędów i niedokładności.

Drugi mecz to gra przeciwko Francji. “Les Bleus” mieli takie gwiazdy jak Earvin N’Gapeth czy Antoine Brizard. Graliśmy lepiej, ale mimo to przegraliśmy 1-3 i w meczu o wszystko przyszło nam się spotkać z reprezentacją Serbii.

Koncertowa gra, a przede wszystkim powrót nieobecnego na skutek choroby we wcześniejszych dwóch spotkaniach kapitana drużyny, Michała Kubiaka, sprawiły, że wygraliśmy 3-0 i awansowaliśmy do półfinału.

W półfinale graliśmy z reprezentacją Stanów Zjednoczonych. Drużyną, w której roi się od gwiazd. Wystarczy wymienić chociażby takie nazwiska jak: Anderson, Holmes czy Christenson. Są również siatkarze, którzy znają smak polskich parkietów, tacy jak wspomniany Russell Holmes czy Daniel McDonnell. Po pełnym zwrotów akcji meczu wygraliśmy 3-2 i zagraliśmy w finale z Brazylią. Tą samą, z którą graliśmy 4 lata wcześniej w Katowicach.

Nie dało się zatrzymać Bartosza Kurka, który w przeciągu całego spotkania zdobył ponad 20 punktów, a nasi siatkarze wygrali 3-0, broniąc tytułu mistrzów globu, a Kurek został MVP całego turnieju. Ten sam Bartosz Kurek, któremu nie było dane grać podczas turnieju w Polsce w 2014 roku.

Podsumowanie: Rok 2018 to ciekawy czas. 100. rocznica odzyskania niepodległości i sporo wydarzeń sportowych. Niewątpliwie, przejdzie do historii polskiego sportu.

Wobec czasowego zawieszenia wydarzeń sportowych na czas koronawirusa, postanowiłem “odkrywać zakryte” i przygotowywać copiątkowy cykl “Z pamiętnika sportoholika”, w którym postaram się opisać najważniejsze wydarzenia dla polskiego sportu danego roku. Mam nadzieję, że ten cykl sprawi, że przeżyjemy jeszcze raz najważniejsze chwile prezentowanego roku.

Dzisiaj przyszedł czas na rok 2018. Rok, w którym sukcesy przeplatały się z porażkami, jednak w mej ocenie więcej było zwycięstw niż klęsk. Zacznijmy, gdyż bohaterowie czekają.

Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongjang jako impreza rozbudzająca wielkie nadzieje

W lutym 2018 roku, odbyły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongjang w Korei Południowej. Jak wiadomo, w dyscyplinach zimowych nasi reprezentanci rzadko odnosili znaczące sukcesy, ale jednak jeśli były, to największego kalibru.

Taką dyscypliną były chociażby skoki narciarskie, w których Kamil Stoch cztery lata wcześniej został podwójnym Mistrzem Olimpijskim.

W biathlonie również mieliśmy niezłą sztafetę, przede wszystkim z Krystyną Guzik i Weroniką Nowakowską. Nie była to sztafeta na medal, ale na miejsce w dziesiątce.

Na dobrym poziomie – mimo braku odpowiednich warunków – mieliśmy łyżwiarstwo szybkie.

Pamiętamy rok 2014, gdy medale zdobywali Zbigniew Bródka oraz nasza drużyna pań w składzie Katarzyna Woźniak, Katarzyna Bachleda-Curuś i Luiza Złotkowska. Na kanwie tych sukcesów wyrosły przecież kolejne talenty takie jak: Karolina Bosiek, Karolina Gąsecka, Kaja Ziomek czy Marcin Bachanek.

Rozpocznijmy nasze rozważania od skoków narciarskich – dyscypliny, która stała na dobrym poziomie w Polsce, i stoi po dzień dzisiejszy.

Konkurs skoków narciarskich jako szansa na pierwsze medale

Już w pierwszym tygodniu zmagań do rywalizacji przystąpili skoczkowie. Polacy (wówczas podopieczni Stefana Horngachera) zaprezentowali się w składzie: Kamil Stoch, Stefan Hula, Piotr Żyła, Dawid Kubacki i Maciej Kot.

Warto zaznaczyć, że w sezonie olimpijskim apogeum swej formy miał Stefan Hula. To właśnie najstarszy członek naszej kadry narodowej po pierwszej serii tego loteryjnego konkursu był liderem.

Tego, jak loteryjny był to konkurs, niech dowiedzie fakt, że mieliśmy do czynienia z parokrotnym manewrowaniem długością rozbiegu, a wiatr, który zmieniał swój kierunek, sprawiał, że zawodnicy byli wycofywani i wciągani na belkę parę razy. Zziębnięte organizmy skoczków sprawiały, że poszczególne skoki były krótkie. Niestety nie ominęło to także naszych reprezentantów.

Ostatecznie Stefan Hula i Kamil Stoch ukończyli na 4. i 5. miejscu. Wygrał Andreas Wellinger przed Johannem Andre Forfangiem i Robertem Johanssonem.

Zrehabilitować się za porażkę

Pod koniec pierwszego tygodnia igrzysk odbyły się zawody na dużej skoczni. Były one rozgrywane w sprawiedliwych warunkach, co sprawiało, że konkurs przebiegał sprawnie, bez przeszkód.

Kamil Stoch obronił mistrzostwo olimpijskie na dużej skoczni.

Po pierwszy medal w drużynie

Ostatnimi zmaganiami skoczków narciarskich były drużynowe zawody olimpijskie. Nasza drużyna, która przed igrzyskami prezentowała się z bardzo dobrej strony, była jedną z wymienianych do medalu. Medal zdobyć się udało. Przez część konkursu była szansa na medal srebrny, jednak znakomity skok Andreasa Wellingera w ostatniej grupie sprawił, że to Niemcy cieszyli się ze srebrnych medali, natomiast nam trzeba było zadowolić się brązowymi “krążkami”.

Polacy skakali w składzie: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła i Stefan Hula, który był chyba największym wygranym drużyny Horngachera.

Wygrali bezkonkurencyjni tego dnia Norwegowie.

Zawód i skandal

Drugą dyscypliną, w której pokładaliśmy duże nadzieje, było łyżwiarstwo szybkie. Wiadomo było, że w roku olimpijskim nasi panczeniści prezentowali przeciętną formę podczas Pucharów Świata. Drużyna panów nie zakwalifikowała się do zespołowego turnieju olimpijskiego. Jedyną ekipą były panie.

Trener Witold Mazur w trakcie sezonu bardzo rotował składem. Nasze dziewczyny praktycznie nie miały jakiegoś zgrania, które pozwoliłoby obronić medal wywalczony cztery lata wcześniej w Rosji. Zawodniczki bardzo przeprosiły za kłótnie w drużynie, a przede wszystkim za swój katastrofalny występ. Wniosek płynął z tego prosty: brak atmosfery w drużynie równa się brak dobrych wyników.

Powrót mody na reprezentację w piłce nożnej. Pierwsze od dwunastu lat Mistrzostwa Świata

W czerwcu 2018 roku odbyły się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Rosji.

Polacy, po 12. latach nieobecności na Mundialu, wrócili na salony. Co więcej, po losowaniu, wskutek którego podopieczni Adama Nawałki trafili do grupy H z drużynami: Senegalu, Kolumbii i Japonii, eksperci podkreślali, że wyjście z grupy dla ćwierćfinalisty Mistrzostw Europy jest obowiązkiem.

Niespodziewana porażka

“Czas na zwycięstwo w meczu otwarcia” brzmiał nagłówek jednej z gazet.

“My jedziemy dzisiaj wykonać swoją robotę” – pewny swego oznajmiał Marcin Fedek, dziennikarz stacji Polsat Sport w programie “Misja Rosja”.

Nikt jednak, kto zna wartość reprezentacji Senegalu, nie dawał wysokiego zwycięstwa naszej drużynie, nawet wśród znajomych udało mi się słyszeć: “Jak będzie 2-1, to będzie dobrze”.

Po spotkaniu, które odbyło się wcześniej, gdy Japończycy pokonali Kolumbię, liczyliśmy na niespodziankę, mając świadomość tego, kto gra w Senegalu. Chociażby tacy gracze jak Konate, Balde, Mane czy Koulibaly.

Niestety. Nasza słaba gra w obronie i nieskuteczność sprawiły, że przegraliśmy 2-1, a jedyną bramkę w tym spotkaniu zdobył Grzegorz Krychowiak.

Mecz o “być albo nie być” w turnieju

Drugie spotkanie rozegraliśmy z reprezentacją Kolumbii, która tak jak my zanotowała porażkę w pierwszym spotkaniu. Wiedzieliśmy, z kim przychodzi się nam mierzyć. Z graczami z najwyższej światowej półki takimi jak: James Rodriguez, Cuadrado czy Yerry Mina.

Niefrasobliwa gra w obronie, nieskuteczność i brak porozumienia w zespole sprawiły, że przegraliśmy 0-3 i pozostało nam grać z Japonią o honor.

Dla jednych o honor, dla drugich o awans

Ostatnie spotkanie było szansą dla naszej drużyny na zachowanie honoru. Mecz określany jako “hipokryzja futbolu” wobec braku zaangażowania obu drużyn zakończył się zwycięstwem naszej reprezentacji 1-0, a debiutancką bramkę w biało-czerwonych barwach zdobył obrońca Southampton, Jan Bednarek.

Kwintesencją słabego występu naszych piłkarzy był moment, gdy Adam Nawałka kazał się położyć na murawie jednemu z naszych zawodników.

Japonia w konsekwencji wyszła z grupy wespół z reprezentantami Kolumbii.

Obronić tytuł Mistrzów Świata

We wrześniu 2018 roku rozegrane zostały Mistrzostwa Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn Bułgaria-Włochy 2018.

Tytułu zdobytego 4 lata wcześniej zamierzała bronić reprezentacja Polski. Reprezentacja “poobijana” psychicznie, zwłaszcza po Igrzyskach Olimpijskich Rio de Janeiro 2016, w których odpadła już w ćwierćfinale, przegrywając z siatkarzami ze Stanów Zjednoczonych. To wtedy Fabian Drzyzga, rozgrywający naszej kadry, po spotkaniu powiedział, że “potrzebujemy trenera, a nie kolegi”.

Podjęto decyzję o zwolnieniu z funkcji selekcjonera byłego francuskiego siatkarza Stephane’a Antigi, a jego następcą został ówczesny trener drużyny Zaksy Kędzierzyn-Koźle, Ferdinando De Giorgi, któremu nie wyszedł rok później turniej Mistrzostw Europy rozgrywany w Polsce. Nasi siatkarze przegrali baraż ze Słowenią o wejście do fazy pucharowej i włoski trener został zwolniony.

Przyszedł czas na wybór nowego selekcjonera – okazał się nim Vital Heynen, belgijski trener, który prowadził między innymi drużynę Transferu Bydgoszcz (obecnie Wisła Bydgoszcz).

Liga Narodów wypadła nieźle, przede wszystkim Polacy awansowali do turnieju finałowego, który rozgrywany był we Francji i do Mistrzostw Świata przystępowali z nadzieją na medal. Jakub Kochanowski, wówczas 21-letni utalentowany środkowy rzekł wtedy, że nasza drużyna myśli o każdym kolejnym meczu, a zwycięstwa podnoszą morale.

Tak rzeczywiście było. W pierwszej fazie grupowej mieliśmy takich rywali jak: Kuba, Finlandia, Iran czy Bułgaria. Zakończyliśmy ją z kompletem zwycięstw, co było najważniejsze, gdyż w turnieju najpierw liczyły się zwycięstwa, a potem punkty.

W drugiej fazie grupowej trafiliśmy na rywali z prawie dwukrotnie wyższej półki. Byli nimi: Argentyna, Francja i Serbia. Pierwsze spotkanie przeciwko reprezentacji Argentyny zapowiadało się bardzo emocjonująco, ale nikt nie sądził, że skończy się naszą porażką. Bengolea, Sole, Poglajen czy Uriarte to siatkarze światowego formatu, jednak Argentyńczycy pomimo tego w ostatnich latach nie odnotowali żadnego sukcesu jako drużyna. Przegraliśmy 2-3, po grze pełnej błędów i niedokładności.

Drugi mecz to gra przeciwko Francji. “Les Bleus” mieli takie gwiazdy jak Earvin N’Gapeth czy Antoine Brizard. Graliśmy lepiej, ale mimo to przegraliśmy 1-3 i w meczu o wszystko przyszło nam się spotkać z reprezentacją Serbii.

Koncertowa gra, a przede wszystkim powrót nieobecnego na skutek choroby we wcześniejszych dwóch spotkaniach kapitana drużyny, Michała Kubiaka, sprawiły, że wygraliśmy 3-0 i awansowaliśmy do półfinału.

W półfinale graliśmy z reprezentacją Stanów Zjednoczonych. Drużyną, w której roi się od gwiazd. Wystarczy wymienić chociażby takie nazwiska jak: Anderson, Holmes czy Christenson. Są również siatkarze, którzy znają smak polskich parkietów, tacy jak wspomniany Russell Holmes czy Daniel McDonnell. Po pełnym zwrotów akcji meczu wygraliśmy 3-2 i zagraliśmy w finale z Brazylią. Tą samą, z którą graliśmy 4 lata wcześniej w Katowicach.

Nie dało się zatrzymać Bartosza Kurka, który w przeciągu całego spotkania zdobył ponad 20 punktów, a nasi siatkarze wygrali 3-0, broniąc tytułu mistrzów globu, a Kurek został MVP całego turnieju. Ten sam Bartosz Kurek, któremu nie było dane grać podczas turnieju w Polsce w 2014 roku.

Podsumowanie: Rok 2018 to ciekawy czas. 100. rocznica odzyskania niepodległości i sporo wydarzeń sportowych. Niewątpliwie, przejdzie do historii polskiego sportu.

Z pamiętnika sportoholika: rok 2018 w polskim sporcie

Kamil Stoch

Fot. Joanna Malinowska | sportwobiektywie.pl

Wobec czasowego zawieszenia wydarzeń sportowych na czas koronawirusa, postanowiłem “odkrywać zakryte” i przygotowywać copiątkowy cykl “Z pamiętnika sportoholika”, w którym postaram się opisać najważniejsze wydarzenia dla polskiego sportu danego roku. Mam nadzieję, że ten cykl sprawi, że przeżyjemy jeszcze raz najważniejsze chwile prezentowanego roku.

Dzisiaj przyszedł czas na rok 2018. Rok, w którym sukcesy przeplatały się z porażkami, jednak w mej ocenie więcej było zwycięstw niż klęsk. Zacznijmy, gdyż bohaterowie czekają.

Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongjang jako impreza rozbudzająca wielkie nadzieje

W lutym 2018 roku, odbyły się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongjang w Korei Południowej. Jak wiadomo, w dyscyplinach zimowych nasi reprezentanci rzadko odnosili znaczące sukcesy, ale jednak jeśli były, to największego kalibru.

Taką dyscypliną były chociażby skoki narciarskie, w których Kamil Stoch cztery lata wcześniej został podwójnym Mistrzem Olimpijskim.

W biathlonie również mieliśmy niezłą sztafetę, przede wszystkim z Krystyną Guzik i Weroniką Nowakowską. Nie była to sztafeta na medal, ale na miejsce w dziesiątce.

Na dobrym poziomie – mimo braku odpowiednich warunków – mieliśmy łyżwiarstwo szybkie.

Pamiętamy rok 2014, gdy medale zdobywali Zbigniew Bródka oraz nasza drużyna pań w składzie Katarzyna Woźniak, Katarzyna Bachleda-Curuś i Luiza Złotkowska. Na kanwie tych sukcesów wyrosły przecież kolejne talenty takie jak: Karolina Bosiek, Karolina Gąsecka, Kaja Ziomek czy Marcin Bachanek.

Rozpocznijmy nasze rozważania od skoków narciarskich – dyscypliny, która stała na dobrym poziomie w Polsce, i stoi po dzień dzisiejszy.

Konkurs skoków narciarskich jako szansa na pierwsze medale

Już w pierwszym tygodniu zmagań do rywalizacji przystąpili skoczkowie. Polacy (wówczas podopieczni Stefana Horngachera) zaprezentowali się w składzie: Kamil Stoch, Stefan Hula, Piotr Żyła, Dawid Kubacki i Maciej Kot.

Warto zaznaczyć, że w sezonie olimpijskim apogeum swej formy miał Stefan Hula. To właśnie najstarszy członek naszej kadry narodowej po pierwszej serii tego loteryjnego konkursu był liderem.

Tego, jak loteryjny był to konkurs, niech dowiedzie fakt, że mieliśmy do czynienia z parokrotnym manewrowaniem długością rozbiegu, a wiatr, który zmieniał swój kierunek, sprawiał, że zawodnicy byli wycofywani i wciągani na belkę parę razy. Zziębnięte organizmy skoczków sprawiały, że poszczególne skoki były krótkie. Niestety nie ominęło to także naszych reprezentantów.

Ostatecznie Stefan Hula i Kamil Stoch ukończyli na 4. i 5. miejscu. Wygrał Andreas Wellinger przed Johannem Andre Forfangiem i Robertem Johanssonem.

Zrehabilitować się za porażkę

Pod koniec pierwszego tygodnia igrzysk odbyły się zawody na dużej skoczni. Były one rozgrywane w sprawiedliwych warunkach, co sprawiało, że konkurs przebiegał sprawnie, bez przeszkód.

Kamil Stoch obronił mistrzostwo olimpijskie na dużej skoczni.

Po pierwszy medal w drużynie

Ostatnimi zmaganiami skoczków narciarskich były drużynowe zawody olimpijskie. Nasza drużyna, która przed igrzyskami prezentowała się z bardzo dobrej strony, była jedną z wymienianych do medalu. Medal zdobyć się udało. Przez część konkursu była szansa na medal srebrny, jednak znakomity skok Andreasa Wellingera w ostatniej grupie sprawił, że to Niemcy cieszyli się ze srebrnych medali, natomiast nam trzeba było zadowolić się brązowymi “krążkami”.

Polacy skakali w składzie: Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła i Stefan Hula, który był chyba największym wygranym drużyny Horngachera.

Wygrali bezkonkurencyjni tego dnia Norwegowie.

Zawód i skandal

Drugą dyscypliną, w której pokładaliśmy duże nadzieje, było łyżwiarstwo szybkie. Wiadomo było, że w roku olimpijskim nasi panczeniści prezentowali przeciętną formę podczas Pucharów Świata. Drużyna panów nie zakwalifikowała się do zespołowego turnieju olimpijskiego. Jedyną ekipą były panie.

Trener Witold Mazur w trakcie sezonu bardzo rotował składem. Nasze dziewczyny praktycznie nie miały jakiegoś zgrania, które pozwoliłoby obronić medal wywalczony cztery lata wcześniej w Rosji. Zawodniczki bardzo przeprosiły za kłótnie w drużynie, a przede wszystkim za swój katastrofalny występ. Wniosek płynął z tego prosty: brak atmosfery w drużynie równa się brak dobrych wyników.

Powrót mody na reprezentację w piłce nożnej. Pierwsze od dwunastu lat Mistrzostwa Świata

W czerwcu 2018 roku odbyły się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Rosji.

Polacy, po 12. latach nieobecności na Mundialu, wrócili na salony. Co więcej, po losowaniu, wskutek którego podopieczni Adama Nawałki trafili do grupy H z drużynami: Senegalu, Kolumbii i Japonii, eksperci podkreślali, że wyjście z grupy dla ćwierćfinalisty Mistrzostw Europy jest obowiązkiem.

Niespodziewana porażka

“Czas na zwycięstwo w meczu otwarcia” brzmiał nagłówek jednej z gazet.

“My jedziemy dzisiaj wykonać swoją robotę” – pewny swego oznajmiał Marcin Fedek, dziennikarz stacji Polsat Sport w programie “Misja Rosja”.

Nikt jednak, kto zna wartość reprezentacji Senegalu, nie dawał wysokiego zwycięstwa naszej drużynie, nawet wśród znajomych udało mi się słyszeć: “Jak będzie 2-1, to będzie dobrze”.

Po spotkaniu, które odbyło się wcześniej, gdy Japończycy pokonali Kolumbię, liczyliśmy na niespodziankę, mając świadomość tego, kto gra w Senegalu. Chociażby tacy gracze jak Konate, Balde, Mane czy Koulibaly.

Niestety. Nasza słaba gra w obronie i nieskuteczność sprawiły, że przegraliśmy 2-1, a jedyną bramkę w tym spotkaniu zdobył Grzegorz Krychowiak.

Mecz o “być albo nie być” w turnieju

Drugie spotkanie rozegraliśmy z reprezentacją Kolumbii, która tak jak my zanotowała porażkę w pierwszym spotkaniu. Wiedzieliśmy, z kim przychodzi się nam mierzyć. Z graczami z najwyższej światowej półki takimi jak: James Rodriguez, Cuadrado czy Yerry Mina.

Niefrasobliwa gra w obronie, nieskuteczność i brak porozumienia w zespole sprawiły, że przegraliśmy 0-3 i pozostało nam grać z Japonią o honor.

Dla jednych o honor, dla drugich o awans

Ostatnie spotkanie było szansą dla naszej drużyny na zachowanie honoru. Mecz określany jako “hipokryzja futbolu” wobec braku zaangażowania obu drużyn zakończył się zwycięstwem naszej reprezentacji 1-0, a debiutancką bramkę w biało-czerwonych barwach zdobył obrońca Southampton, Jan Bednarek.

Kwintesencją słabego występu naszych piłkarzy był moment, gdy Adam Nawałka kazał się położyć na murawie jednemu z naszych zawodników.

Japonia w konsekwencji wyszła z grupy wespół z reprezentantami Kolumbii.

Obronić tytuł Mistrzów Świata

We wrześniu 2018 roku rozegrane zostały Mistrzostwa Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn Bułgaria-Włochy 2018.

Tytułu zdobytego 4 lata wcześniej zamierzała bronić reprezentacja Polski. Reprezentacja “poobijana” psychicznie, zwłaszcza po Igrzyskach Olimpijskich Rio de Janeiro 2016, w których odpadła już w ćwierćfinale, przegrywając z siatkarzami ze Stanów Zjednoczonych. To wtedy Fabian Drzyzga, rozgrywający naszej kadry, po spotkaniu powiedział, że “potrzebujemy trenera, a nie kolegi”.

Podjęto decyzję o zwolnieniu z funkcji selekcjonera byłego francuskiego siatkarza Stephane’a Antigi, a jego następcą został ówczesny trener drużyny Zaksy Kędzierzyn-Koźle, Ferdinando De Giorgi, któremu nie wyszedł rok później turniej Mistrzostw Europy rozgrywany w Polsce. Nasi siatkarze przegrali baraż ze Słowenią o wejście do fazy pucharowej i włoski trener został zwolniony.

Przyszedł czas na wybór nowego selekcjonera – okazał się nim Vital Heynen, belgijski trener, który prowadził między innymi drużynę Transferu Bydgoszcz (obecnie Wisła Bydgoszcz).

Liga Narodów wypadła nieźle, przede wszystkim Polacy awansowali do turnieju finałowego, który rozgrywany był we Francji i do Mistrzostw Świata przystępowali z nadzieją na medal. Jakub Kochanowski, wówczas 21-letni utalentowany środkowy rzekł wtedy, że nasza drużyna myśli o każdym kolejnym meczu, a zwycięstwa podnoszą morale.

Tak rzeczywiście było. W pierwszej fazie grupowej mieliśmy takich rywali jak: Kuba, Finlandia, Iran czy Bułgaria. Zakończyliśmy ją z kompletem zwycięstw, co było najważniejsze, gdyż w turnieju najpierw liczyły się zwycięstwa, a potem punkty.

W drugiej fazie grupowej trafiliśmy na rywali z prawie dwukrotnie wyższej półki. Byli nimi: Argentyna, Francja i Serbia. Pierwsze spotkanie przeciwko reprezentacji Argentyny zapowiadało się bardzo emocjonująco, ale nikt nie sądził, że skończy się naszą porażką. Bengolea, Sole, Poglajen czy Uriarte to siatkarze światowego formatu, jednak Argentyńczycy pomimo tego w ostatnich latach nie odnotowali żadnego sukcesu jako drużyna. Przegraliśmy 2-3, po grze pełnej błędów i niedokładności.

Drugi mecz to gra przeciwko Francji. “Les Bleus” mieli takie gwiazdy jak Earvin N’Gapeth czy Antoine Brizard. Graliśmy lepiej, ale mimo to przegraliśmy 1-3 i w meczu o wszystko przyszło nam się spotkać z reprezentacją Serbii.

Koncertowa gra, a przede wszystkim powrót nieobecnego na skutek choroby we wcześniejszych dwóch spotkaniach kapitana drużyny, Michała Kubiaka, sprawiły, że wygraliśmy 3-0 i awansowaliśmy do półfinału.

W półfinale graliśmy z reprezentacją Stanów Zjednoczonych. Drużyną, w której roi się od gwiazd. Wystarczy wymienić chociażby takie nazwiska jak: Anderson, Holmes czy Christenson. Są również siatkarze, którzy znają smak polskich parkietów, tacy jak wspomniany Russell Holmes czy Daniel McDonnell. Po pełnym zwrotów akcji meczu wygraliśmy 3-2 i zagraliśmy w finale z Brazylią. Tą samą, z którą graliśmy 4 lata wcześniej w Katowicach.

Nie dało się zatrzymać Bartosza Kurka, który w przeciągu całego spotkania zdobył ponad 20 punktów, a nasi siatkarze wygrali 3-0, broniąc tytułu mistrzów globu, a Kurek został MVP całego turnieju. Ten sam Bartosz Kurek, któremu nie było dane grać podczas turnieju w Polsce w 2014 roku.

Podsumowanie: Rok 2018 to ciekawy czas. 100. rocznica odzyskania niepodległości i sporo wydarzeń sportowych. Niewątpliwie, przejdzie do historii polskiego sportu.

Facebook