Zwycięstwo Bottasa i pierwsze podium Hondy, czyli podsumowanie GP Australii

Australia

facebook.com/MercedesAMGF1

Pole Position Lewisa Hamiltona nie zagwarantowało mu automatycznie zwycięstwa w inaugurującym sezon Grand Prix Australii. Valtteri Bottas po świetnym starcie zdobył wszystko, co mógł – zwycięstwo, punkt za najszybsze okrążenie oraz tytuł kierowcy dnia. Tymczasem za plecami Srebrnych Strzał nie zabrakło kilku innych niespodzianek…

Pogoda w Melbourne dopisywała. Kierowcy Formuły 1 stanęli na polach startowych australijskiego Albert Park, by kilka minut po godzinie szóstej polskiego czasu ruszyć do wyścigu po raz pierwszy w tym sezonie.

Pierwszy zakręt był pozornie spokojny, choć nie obyło się bez dwóch ofiar – Robert Kubica uszkodził przednie skrzydło chwilę po tym, jak swojego całkowicie pozbył się Daniel Ricciardo, zaczepiając o pobocze. Nie zwiastowało to dobrego wyścigu dla powracającego do stawki Polaka i ulubieńca lokalnych kibiców…

Środek stawki jak zwykle cieszy oczy

Tu nie ma chyba zaskoczenia. Środek stawki, zgodnie z przewidywaniami, okazał się dość ciasny, a walka w nim najbardziej interesująca. Nie zabrakło klasyki gatunku w postaci pojedynku Nico Hülkenberga z Kevinem Magnussenem (którzy, delikatnie rzecz ujmując, nie przepadają za sobą). Mając świadomość tego, co działo się między nimi w przeszłości, ich pojedynki zawsze będą nieco bardziej emocjonujące.

Nie sposób nie wspomnieć o jedynym Włochu w stawce – Antonio Giovinazzim, który w pierwszej połowie wyścigu dosyć długo utrzymywał się na oponach, na których wystartował. Musiał bronić się przed atakami innych kierowców, co szło mu przez dłuższy czas całkiem nieźle. Przy okazji pomógł tym swojemu koledze z zespołu nieco odjechać. Finalnie Kimi Räikkönen zdołał ukończyć rywalizację na ósmej pozycji, zdobywając tym samym kilka cennych punktów dla Alfy Romeo.

Kierowcą, którego teoretycznie nie powinno być w środku stawki, a który znalazł się w jej centrum, jest Pierre Gasly z Red Bulla. Po zaskakująco słabych kwalifikacjach Francuz finalnie nie zdobył ani jednego punktu. Ukończył wyścig na jedenastym miejscu po tym, jak przez długi czas nie mógł uporać się z Daniilem Kvyatem. On zaś ten jeden punkcik dla Toro Rosso zdobył. No cóż, Pierre, było blisko…

A co na czele stawki?

Bottas, jak już wspomniałam, wystartował bardzo dobrze i pewnie utrzymywał swoją pozycję. Jego kolega z zespołu, w odpowiedzi na bardzo wczesny pit stop Sebastiana Vettela, również zjechał po nowe opony. Sprawiło to, że w końcowej fazie wyścigu nie był w stanie nawiązać walki o dodatkowy punkt za najszybsze okrążenie w wyścigu.

Możliwość wykręcenia niezłego czasu to nie wszystko. Hamilton musiał uważać, gdyż tuż za jego plecami Max Verstappen prezentował naprawdę dobrą formę, wymieniał się szybkimi okrążeniami z Bottasem i gdyby Brytyjczyk popełnił jakiś błąd, ten wykorzystałby go bez skrupułów. Sam Holender błędu nie uniknął, raz wyjeżdżając na trawę i tracąc nieco dystansu do obrońcy tytułu.

Finalnie jednak Max Verstappen zdołał dojechać na trzeciej pozycji, gwarantując tym samym jednostce napędowej Hondy pierwsze podium od powrotu do Formuły 1.

Zapytacie – a gdzie w tym wszystkim Ferrari? Cóż, stajnia z Maranello nie zaliczy raczej Grand Prix Australii do najbardziej udanych. Charles Leclerc na początku wyścigu bezskutecznie próbował zaatakować Sebastiana Vettela, a później sam wyjechał poza tor. Mimo to, pod koniec miał zdecydowanie świeższe opony i lepsze tempo. Ferrari zdecydowało się jednak na utrzymanie Vettela przed nim i nie podjęło ryzyka, które mogłoby dać im szansę do powalczenia o dodatkowy punkcik.

Valtteri Bottas ostatecznie wygrał wszystko, co było do wygrania w ten weekend. Zgarnął komplet 26 punktów (25 za wyścig i jeden za okrążenie) i przełamał złą passę z zeszłego sezonu. Sam po wyścigu stwierdził, że był on jednym z jego najlepszych. Trudno się nie zgodzić – Bottas zawodził kibiców w 2018 roku, a 2019 zaczął od pewnego i w pełni zasłużonego zwycięstwa. Oby tak dalej.

Najwięksi pechowcy i najmocniejsze strony GP Australii

Jeśli chodzi o kierowców, którym się nie poszczęściło, to bez wahania i większego zaskoczenia można wymienić nazwiska tych, którzy GP Australii nie ukończyli. O Danielu Ricciardo już wspomniałam. Po starcie wyjechał na trawę jeszcze przy prostej startowej, najechał na nierówność, w efekcie czego odpadło całe przednie skrzydło, przy okazji uszkadzając jeszcze bardziej bolid. Po wszystkim Australijczyk tłumaczył, że zjazd na bok był spowodowany przesunięciem się Sergio Péreza; chcąc uniknąć ewentualnej kolizji, wyjechał poza tor i przypłacił to kolejnym nieudanym, domowym wyścigiem.

Ricciardo wycofał się z rywalizacji mniej więcej w połowie wyścigu, kiedy jasne stało się, że niczego w nim nie ugra. Jeszcze wcześniej wycofał się jednak Carlos Sainz po awarii swojego McLarena. W kwalifikacjach Hiszpan wyraźnie przegrał z debiutującym Lando Norrisem, a następnego dnia pech go nie opuścił.

Choć jeszcze bardziej gorzko wspominać GP Australii będzie Romain Grosjean, który przeżył przykrą powtórkę z rozrywki. Po zeszłorocznej katastrofie w boksach, w tym roku jego pit stop również nie poszedł najlepiej. Pojawiły się problemy z dokręceniem opony w jego bolidzie, aż finalnie musiał ponownie wycofać się z rywalizacji… Może za rok uda się obu kierowcom Haasa?

Jeśli zaś chodzi o mocne strony, to można się łatwo domyślić, że wymienię tu Valtteriego Bottasa i Maxa Verstappena. Nie będę jednak powtarzać się, czemu właśnie ta dwójka zasługuje tu na wyróżnienie. Kibice sądzą zresztą podobnie, ponieważ to właśnie Bottasa wybrali na kierowcę dnia.

Halo… Williams?

Jeśli zastanawiacie się, gdzie podział się Williams, to odpowiedź jest prosta i przykra zarazem. Kubica po wspomnianych wcześniej problemach w pierwszym zakręcie, ukończył wyścig na ostatnim miejscu. George Russell zameldował się na mecie przedostatni.

Są jednak pewne pozytywy – obaj dojechali do mety bez większych dodatkowych problemów.

Tak właśnie prezentowała się rywalizacja na torze Albert Park w Australii. Mercedes jest mocny jak co roku, ale nie skreślałabym jeszcze ani Red Bulla (którego przynajmniej jeden kierowca zaprezentował się z naprawdę dobrej strony), ani Ferrari (pomimo nie do końca udanego wyścigu). Oba zespoły wydają się silne i z pewnością w dalszej części sezonu nawiążą walkę, a to zwiastuje nam bardzo ciekawy sezon. No bo hej, to dopiero początek zabawy!

Kolejny wyścig już 31 marca w Bahrajnie.

Facebook